Hamburger i koniec świata

Armageddon” to wyborna zabawa. Ostatnim razem tak dobrze bawiłem się przy „Conair – lot skazańców”. „Armageddon” nie tylko jest rozrywką – jest rozrywka na najwyższym poziomie. A przy tym jest namacalnym przykładem części amerykańskiego światopoglądu. Więc mamy dobrą zabawę i obcujemy z pewnym zorganizowanym widzeniem człowieka i świata. To ostatnie chętnie nazywam „światopoglądem jarmarcznym”.

Film Michaela Baya wart jest wysokiej oceny z kilku powodów. Po pierwsze, mamy tu wszystko – od zabawy, przez kryminał, do dreszczowca, a skończywszy na ogólniejszych refleksjach o ludzkiej kondycji. Film może zatem nas zaciekawić, rozbawić, przestraszyć i wycisnąć łezkę wzruszenia. Po wtóre, autorzy „Armageddonu” umiejętnie bawili się konwencją w której osadzono jego treść. W tego typu produkcji – oficjalnie: film katastroficzny s-f – zachowanie dystansu wobec tego, co się robi ma podstawowe znaczenie (być może ów dystans to największa zaleta tego filmu). Dotyczy to generalnie także aktorów – z pewnością dobrze się bawili przy „Armageddonie”. Po trzecie wreszcie, mamy do czynienia z ekspozycją głównych fragmentów amerykańskiego światopoglądu.

Pierwsze z moich spostrzeżeń łatwo zrozumieć, o ile tylko obejrzeliśmy film. Dla takich filmów publiczność przychodzi tłumnie do kina. To istota tej rozrywki. Malkontenci, którzy podczas projekcji narzekają na – przykładowo – niedorzeczności lub nieprawdopodobieństwo zdarzeń czy postaci nie wiedzą po co wynaleziono film. Takie właśnie dwa sarkastyczne typki siedziały obok mnie w kinie. Jednak jest znamienne, iż nie upłynęło pół godziny seansu,a wspomniane osobniki zamilkły i równo z salą śmiali się lub milkli w momentach napięcia. Widz zyskuje zadowolenie, gdy film pozwala na uczestnictwo w spektaklu. Postacie filmu muszą być tak zbudowane, aby można się było z nimi utożsamiać. Koniecznie muszą być choć trochę wiarygodne psychologicznie – muszą przypominać nam sąsiada, kolegę lub po prostu nas samych. Taka jest choćby córka głównego bohatera Grace (rola Liv Tyle), gdy musi wybierać między lojalnością wobec narzeczonego (Ben Affleck grający A.J.Frosta) lub ojca – Bruce Willis jako Harry S. Stamper. W efekcie po pewnej psychicznej szamotaninie odmienia się, osiąga nowy stopień dojrzałości i równie mocno przeżywa stratę (domniemaną) narzeczonego i (rzeczywistą) ojca. Takie jest choćby Steve Buscemi, który gra Rockhounda – młody geniusz, fizyk i geolog, porzucający karierę naukowca, bo umie robić dobre materiały wybuchowe. Jest przy tym niepoprawnym kobieciarzem. Właśnie dlatego grupa bohaterów jest dość obszerna i różnorodna, aby jak najszerszy krąg widzów mógł się utożsamić z ekranowymi postaciami. Jeśli „Armageddon” potraktujemy właśnie jako źródło rozrywki i damy się ponieść fabule, to na pewno Buscemi nas rozbawi, katastrofa promu przerazi, a uczucia Grace do ojca oraz narzeczonego wzruszą. I tak ma być.

Jednak fundamentalne znaczenie ma dla mnie postawa twórców tego filmu wobec konwencji w której przyszło im pracować. Przede wszystkim nie zmusza się nas, widzów do poważnego traktowania treści. Nie jest to jednak kpina lub parodia gatunku. Jest to perskie oczko puszczone do widza. Lista takich punktów jest bardzo długa. Poszukiwanie (łapanie!) współpracowników dla Stampera, badania – testy tychże w ośrodku lotów kosmicznych NASA, rola nieustannie ratującego świat prezydenta USA, postacie wojskowych itp. itd.. Wszystkie te sytuacje lub osoby konwencjonalne: w zasadzie bez pogłębienia psychologicznego, bo autorzy filmu bawią się nimi wraz z widzami. Są to narzędzia służebne wobec głównego wątku i tempa widowiska. Bo jest to widowisko właśnie okraszone hollywoodzkimi tekstami dialogów i z rozmachem kreowane. Gra się tu prostymi emocjami widza, aby go zabawić przez ponad dwie godziny. Do szablonu widowiska katastroficznego dodaje się oczywiście parę dość przyzwoicie zbudowanych postaci: wspomniany już główny wiertniczy wyprawy Stamper, jego córka Grace oraz szef lotów NASA Dan Truman (gra go Billy Bob Thornton). Pamiętajmy jednak o tym, co już wyżej powiedziałem: to zabawa dla widzów, więc nie należy ich nadto przemęczać sprawami światopoglądowymi.

Tak dochodzimy do ekspozycji amerykańskiego światopoglądu. Otóż przypomina on hamburgera kupionego w budce z fast-foodem na jarmarku ludowym lub lunaparku. Jest on łatwo dostępny, bez kłopotu się wchłania, przez krótki czas daje poczucie zadowolenia – a wszystko to w atmosferze śmiechu przeplatanej piskiem przestraszonych w tunelu strachu pań. Ogólniejszy pogląd na kondycję człowieka zawarty w „Armageddonie” jest łatwo dostępny, bo poniekąd wyłożony kawa na ławę bez upiększeń lub wieloznaczności. Bez kłopotu się wchłania, bo nie jest dla widzów wymagających – nie trzeba kończyć szkół, starczy „naturalne światło rozumu” (cokolwiek to znaczy). Przecież każdy z nas ma chwile zabawy i radości w wesołym miasteczku niezależnie od tego, czy jest profesorem czy kierowcą ciężarówki. Na krótko nas zadowala, bo sugeruje jakbyśmy obcowali z prawdami wiecznymi – patrz: scena pikniku Grace i jej narzeczonego, scena pożegnania na Ziemi Grace i jej ojca, motyw niezrealizowanych pragnień Trumana itp.. Ze względu na swoją skrótowość i ogólność stają się truizmami. Wszystko to oprawione jest sporym tempem akcji okupionym niestety brakiem dbałości o szczegóły.

„Armageddon” oceniam wysoko jako produkt służący do rozrywki. Proszę o tym pamiętać: to nie jest kultura wysoka, lecz igrzyska dla ludu. Jako taki nie powinien być krytykowany za niedopracowane szczegóły, grubo rysowane charaktery postaci lub – jak to gdzieś przeczytałem – brak wierności przekazowi biblijnemu o Armageddonie (!). W tym wyśmienitym widowisku żal mi B. Willisa – on jeden chyba podszedł do niego na serio i z zimną powagą.

P.S.Moim ulubiony dialog. Prom kosmiczny nie może wystartować z asteroidu po założeniu ładunków atomowych, bo szwankują silniki. Do przedziału napędowego wchodzą mechanik amerykański oraz kosmonauta rosyjski Andropow. Amerykanka (bo to kobieta astronautka) nie dopuszcza Rosjanina do komputera sterującego „bo to amerykańska technika”, którą tamten może popsuć jeszcze bardziej. Andropow odpychając amerykańską koleżankę ripostuje „amerykańska czy rosyjska – i tak wszystkie komputery są made in Taiwan”.

wrzesień 1998r

Share on Facebook

Dodaj swoją opinię

Copyright © camera-obscura
autorskie recenzje filmowe | Krzysztof Kudłacik

Zbudowany w oparciu o Notes Blog Core
Powered by WordPress