Obywatel Milk i apostoł Penn

Seana Penna cenię niezwykle wysoko jako aktora. Nie wdając się w szczegóły, jest on dla mnie jakimś następcą Roberta De Niro. Moja fascynacja Pennem została poddana wyjątkowo ciężkiej próbie, gdy usłyszałem, że Penn nagrodzony Oscarem za rolę w Obywatelu Milk przebrał się w fatałaszki piewcy homoseksualizmu. Tak, jakby nie dostrzegał prostej dystynkcji między odtwarzaną rolą, a życiem realnym.

poster, Obywatel Milk

Tym bardziej, iż Penn gra Milka bardzo dobrze, a sam film jest mocno przeciętny. Co najwyżej przeciętny. Werdykt gremium oskarowego wydaje mi się decyzją ideologiczną, a nie merytoryczną. Nie pierwszy i nie ostatni raz. A jednak żal.Przejdźmy do filmu Gusa Van Santa. Jeśli czytasz niniejszy tekst, nie potrzeba ci jego streszczenia. Obywatel Milk to fabularyzowana historia Harveya Milka – aktywisty ruchu gejowskiego na zachodnim wybrzeżu USA. Historia zna go jako aktywistę homoseksualistów oraz radnego, który padł ofiarą morderstwa. Dzięki temu trafił na sztandary mniejszości seksualnych jako męczennik.

Obywatel Milk to film przeciętny. Niczym szczególnym się nie wyróżnia. Oczywiście poza tym, co oczywiste – iż jest obrazem gloryfikującym ruch pederstów ucieleśniony przez tytułowego bohatera.  To hagiografia.

Po pierwsze – Obywatel Milk powiela obecne w przekazie kulturowym oraz powszechnej świadomości klisze o środowiskach homoseksualnych. Klisza o szczególnej inklinacji gejów do sztuk pięknych oraz wysokiej kultury intelektualnej. Klisza o wyjątkowej, wyższej wrażliwości emocjonalnej (wyciskająca łzy scena z chłopcem na wózku inwalidzkim, który telefonuje do Milka i zapowiada swoje samobójstwo – oczywiście nasz bohater odwodzi zagubionego młodzieńca od tego zamiaru i nawraca na jedynie słuszną drogę – drogę porzucenia rodziny, która go nie rozumie i przyłączenia się do gejów w innym mieście). Klisza o środowisku pederastów jako o oblężonej twierdzy, która ma wokół siebie wyłącznie wrogów – a jeśli jest inaczej, to tylko wyjątek potwierdzający regułę.

Po drugie – Obywatel Milk powiela przesądy dotyczące otoczenia – czytaj: wrogiego otoczenia – uciemiężonych amerykańskich środowisk mniejszości seksualnych. Autorzy filmu w roli pierwszoplanowego wroga stawiają brutalnych policjantów, a następnie – gdy Milk postanawia wyjść z podziemia i wziąć udział w wyborach, typową amerykańską kurę domową napędzaną motywami religijnymi – Anitę Bryant. Anita Bryant, sprzedawczyni soków owocowych otoczona jasnowłosymi główkami swoich dzieci, jej królestwem jest kuchnia i kościół. Milk kpi ‚Anita Bryant powiedziała, że homoseksualiści sprowadzili suszę do Californi‚. Wrogowie homoseksualistów jawią się jako ciemni troglodyci. Innym konkurentem politycznym Milka jest senator Briggs. Widać go przeważnie w otoczeniu policji, konfrontowanego z wrogim tłumem. Ponownie widzimy wrogów homoseksualistów jako ludzi odwołujących się przede wszystkim do brutalnej siły, a nie do argumentów; jako ludzi niezdolnych do porozumienia się z otoczeniem, nie rozumiejących trendów (czytaj: postępu) i zacofanych. Autorzy filmu nie odpuścili sobie do końca – los środowiska mniejszości seksualnej zostaje przyrównany do losu Żydów i holocaustu w czasie II wojny światowej.

Po trzecie – Obywatel Milk chce pokazać dzieło swojego tytułowego bohatera jako ofertę do wszystkich ludzi, a nie tylko dla mniejszości homoseksualnej. O ironio! Cel ten jednak zostaje zdyskredytowany w samym filmie. Odnotujmy krótko. Kolejność postulatów Milka w czasie kolejnych kampanii wyborczych – najpierw socjalne (dla wszystkich), a na końcu oczywiście postualty samych środowisk gejowskich. Następnie zwróćmy uwagę na osiągnięcia ruchu, któremu lideruje Milk – najpierw jest to bojkot piwa Coors, a w finale – po wyborze Milka: prawo nakazujące sprzątać psie gówno. Owszem, mamy bodaj dwie sceny w czasie kampanii wyborczej, gdy główny bohater agituje w szkole, a potem w fabryce, jednak wybór na radnego San Francisco dokonuje się dopiero dzięki manipulacji granicami okręgów wyborczych – tak, aby okręg Milka zamieszkiwała większość gejów i ich popleczników. Innymi słowy – geje wybierają gejów: nie ma dostatecznej liczby wyborców, aby większość heteroseksualna mogła dać się przekonać programowi Milka.

Po czwarte – subiektywny punkt widzenia na samego Milka lub jego otoczenie. Niestety mamy tu obraz ubóstwa emocjonalnego. Miłość między homoseksualistami jest w zasadzie powszechnym promiskuityzmem – przelotne związki oparte na seksie, bez poczucia głębszej więzi i odpowiedzialności. Inaczej: nie wiadomo dokładnie, dlaczego dziś z kimś jesteś, a jutro może to być ktoś zupełnie inny. Słowa Milka do jego kochanka ‚Pamiętasz chociaż, jak mam na imię? Nie. Mam na imię Harvey‚. W tym zakresie głośny kilka lat temu film Brokeback Mountain był o klasę ciekawszym obrazem.

Po piąte – niejednoznaczność postaci samego Milka. Bardzo trudno właściwie ocenić, dlaczego główny bohater filmu Van Santa decyduje się na otwartą działalność publiczną? Owszem – parokrotnie powtarza się motyw, iż chodzi o władzę o poczucie władzy. Z drugiej strony jest wątek mesjanistyczny – że dzięki temu uciemiężeni amerykańscy pederaści będą żyć w zgodzie z sobą samym i zyskają poczucie bezpieczeństwa we wrogim otoczeniu.

Po szóste – to jest film propagandowy. Jawnie i bez ogórdek. Skierowany przeciwko tradycyjnej rodzinie i propagujący postawy homoseksualne wśród młodzieży. Pierwszy raz widzimy małego chłopca, który roznosi ulotki homoseksualnego kandydata w wyborach, a wkrótce potem piękne panoramiczne ujęcie maszerujących ławą gejów, gdzie większość uczestników to nastoletni młodzieńcy lub wręcz dzieci.

Po siódme – męczennik, czy przypadkowa ofiara? Tego dotąd nie zrozumiałem. Dan White: zabójca Milka – chrześcijanin i ojciec rodziny – jest tu zdecydowanie niedookreślony. Czy zabija Milka i burmistrza San Francisco, bo załamał się swoją nieskutecznością i brakiem realizacji programu wyborczego? Nota bene wskutek zdrady samego Milka, który najpierw obiecuje mu sojusz polityczny, aby w trakcie decydującego głosowania być przeciw. Dodajmy, iż to Milk zaczyna z radnym White’m dwuznaczną grę psychologiczną: otóż Milk jest przekonany, że jego kolega jest kryptohomoseksualistą, którego trzeba uświadomić o jego prawdziwej naturze, aby porzucił rodzinę i ujawnił się jako gej. Zatem w tym względzie mord na Milku jest efektem opresywnego społeczeństwa, które nie chce zaakceptować, iż White mógłby być pederastą i ojcem normalnej rodziny zarazem. Jednak w takim razie zginąłby sam Milk – morderstwo burmistrza już nie mieści się w tym schemacie.

Odnotujmy, że Josh Brolin, odtwórca radnego White’a był nominowany do Oscara za drugoplanową rolę.

Zanim podsumuję moją ocenę , chcę podkreślić silną stronę filmu Van Santa. Obywatel Milk jest bardzo dobrym, przekonującym obrazem ewolucji środowiska gejowskiego w USA lat 70tych XX wieku. Od podziemnych barów dla gejów do udziału w normalnym życiu politycznym. Od qeer-qeens do eleganckich działaczy w garniturach i krawatach. Doskonale zilustrowany wydaje się proces i motywacje działające za całym procesem ujawniania się (comming out) tego środowiska – nawet z naruszeniem prawa do prywatności tegoż.

Podsumujmy krótko. Obywatel Milk to sprawnie zrealizowany, z dobrą dramturgią film propagandowy środowiska pederastów. Poparty doskonałą grą aktorską Penna i Brolina. Jednak jest to przeciętne kino: płytkie ideowo, skrajnie jednostronne, powierzchowne emocjonalnie, operujące hasłami i emocjami i  unikające naprawdę ciekawych tematów.

ps.#1

Dla równowagi sugeruję obejrzenie filmu z także doskonałym aktorstwem Ala Pacino Cruising (1980) – skrajnie realistycznego obrazu środowiska gejowskiego i jego możliwego wpływu na osobowość człowieka. Całość w sosie historii sensacyjnej o seryjnym mordercy.

ps.#2

W powyższym tekście skupiłem się na krytycznej recenzji filmu. Ale potrzebny jest dodatek, który wyjaśni moje głębokie rozczarowanie postawą Penna. Otóż w mojej ocenie Penn ubiera się w fatałaszki piewcy homoseksualizmu nie dlatego, iż gra geja, ale z powodu tego, co ogłasza w czasie gali oskarowej. Stosowny cytat: Ci, którzy głosowali przeciwko równouprawnieniu par gejowskich, powinni się teraz zastanowić, jaki wstyd przynoszą sobie, swoim dzieciom i wnukom‚. Gdyby Penn zachował się profesjonalnie, to nie propagowałby idei gejowskich podczas gali. Strach pomyśleć, gdyby otrzymywał nagrodę za rolę np. seryjnego mordercy – czy wtedy chciałby gloryfikować zbodnie? Co innego gra i rola aktorska, a co innego idee ucieleśniane w danej roli.

Share on Facebook

Jeden komentarz

  1. […] Oto popełniłem recenzję tego przeciętnego filmu. Dostępna naturalnie w Camera-Obscura. […]

Dodaj swoją opinię

Copyright © camera-obscura
autorskie recenzje filmowe | Krzysztof Kudłacik

Zbudowany w oparciu o Notes Blog Core
Powered by WordPress