Ludzkie dzieci – jest miejsce na nadzieję

Dawno nie miałem okazji obejrzeć filmu łączącego w sobie dwie cechy pozornie sprzeczne: pesymistyczną postindustrialną wizję cywilizacji z prostym i wręcz naiwnym przesłaniem nadziei. Bo Children of Man w reż. Alfonso Cuaróna jest filmem o nadziei. O takiej nadziei, która trwa mimo wszystko. Trwa przeciw światu. I to jest ważne.

Uwaga: poniższy tekst może zawierać spoilery!

Pozorna sprzeczność wskazana wyżej rozwiązuje się dość łatwo i wręcz klasycznie: film opowiada o przemianie głównego bohatera – Theodore Farona (Clive Owen) – od biernego pesymizmu i oczekiwania na koniec, aż do wzrastającej fali nadziei i niemal samopoświęcenia. Ta przemiana pokazana jest oszczędnie i z dystansem. Theo zwyczajnie daje się nieść wydarzeniom, długo nie rozumie w czym uczestniczy lub w co został wplątany. A nawet kiedy już wie kim jest Murzynka (Claire-Hope Ashitey grająca Kee), którą miał zawieść na wybrzeże, wie jaka jest jego misja, to nadal nie rozumie sensu zdarzeń, które go dotykają. Wstrząs przychodzi o wiele później. Okoliczności wręcz zmuszają go uznania własnej – niezwykłej roli, wręcz wbrew jego woli. Przyjmuje to brzemię i umie go ponieść.
Clive Owen dobrze spasował do tej roli – gra oszczędnie i jakby od niechcenia. Jednak jego twarz i postawa – taka zdystansowana, pozwala minimalnymi środkami wyrazu pokazać spore pokłady emocji (patrz scena walk ulicznych i wyprowadzenia dziewczyny z okrążonego budynku).

Cały film jest bardzo dobrze, spiralnie zbudowany. Zmianie ulega nie tylko krajobraz (od dość ponurego miasta, do ruin burzonego miasta), ale także dynamika scen aż do finałowego crescendo zamkniętego ciszą na zamglonym morzu.
Mocną stroną całości są bardzo przemyślane szczegóły.

Zwróćmy uwagę na Londyn, jakby żywcem upozowany na mega-miasto z Łowcy androidów w którym biali londyńczycy to mniejszość zalana azjatyckim żywiołem ludzkim. Ludzkość z dość niejasnych przyczyn czeka biologiczna eksterminacja, ale ponieważ jest to proces rozłożony w czasie, więc oglądamy całe spektrum reakcji jednostek i zbiorowości. I oglądamy obraz – trzeba przyznać – dość wiarygodny i prawdopodobny. W ogólności mamy tu obraz rozkładu cywilizacyjnego – apokalipsy z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień, a nie w błysku atomowego grzyba. Widać zatem postawy buntu i walki lub wprost: anarchii. Obok tego są reakcje oczekiwania na cud ludzkimi rękoma złożony (mityczna organizacja Human Project). Widać ślepą rozpacz. I oczywiście jałowy pesymizm oczekiwania na nieuchronne – Theo wraz z Jasperem (wyśmienity Michael Caine).
Pozwolę sobie na dygresję. Oto Michael Caine gra rewelacyjnie – gra siebie poniekąd: starca, którego jedynym obowiązkiem (o ile pojęcie obowiązku w opisanych okolicznościach może się stosować) jest opieka nad kaleką żoną. Jednak mimo jego bierności i swoistego dekadentyzmu, jest w nim pogoda ducha i optymizm zarażający innych – to on popycha Theo do kontynuowania misji. Płaci za to najwyższą cenę.
Inna silna strona filmu Alfonso Cuaróna to wszystko, co dzieje się poza głównym bohaterem – w tle. Jest to cała kopalnia klimatów i sensów.
Genialnie syntetyczna scena, kiedy widz poznaje Jaspera i jego żonę – jeden powolny ruch kamery pokazujący rozklejone na oknie wycinki prasowe z Jasperem i jego towarzyszką i już wiemy o nim dość – już rozumiemy jego działania i okoliczności, w których się znalazł. Czujemy jakbyśmy tego człowieka znali od dawna.
Wizyta Theo u jego kuzyna w ministerstwie. Majstersztyk skojarzeń. Zamknięta ekskluzywna limuzyna, a wokół zamieszki uliczne i terror. A gdzie mieszka kuzyn? Poznajecie ten budynek? A czy widok z okna tego gmaszyska nic wam nie mówi? Jeśli nie, to poszukajcie wśród swoich znajomych fanów grupy Pink Floyd – ich muzyki z drugiej połowy lat 70-tych w szczególności.
Wbijająca w fotel scena ucieczki głównego bohatera z farmy. Jakoś nie przypominam sobie tak nieudanej i slapstickowej ucieczki! Czyżby producentom zabrakło kasy na świeży i naładowany akumulator? Oglądając ucieczkę widz czuje niemal fizyczną łączność z Theo, kiedy on chaotycznie i bezradnie talpa się w błocie i patrzy wprost w lufę pistoletu.
Inny przykład budowania niesamowitego klimatu. Scena wjazdu Theo i Kee do obozu przejściowego – Kee zaczyna rodzić, a za oknami opancerzonego autobusu przesuwają się niby klatki filmu. Pierwsza – wojsko i policja brutalnie wyciągają podejrzanych imigrantów z autobusu. Druga – wyselekcjonowani imigranci klęczą czekając na coś z rękoma założonymi z tyłu głowy. Trzecia – imigranci zrywani z klęczek, bici, odzierani z ubrań. Czwarta – autobus a obok niego rząd worków zakrywających zwłoki. Esencja cywilizacji autarkicznej w rozkładzie.
Obraz śmierci Jaspera – oglądany z oddali przez Theo robi wrażenie nierealności, jakbyśmy obserwowali teatr ludzkich kukiełek. Stłumione odgłosy strzałów odrealniają scenę jeszcze bardziej – tym bardziej uzmysławiając tragedię, której jesteśmy świadkami.
Scena, którą z pewnością zapamięta każdy widz tego filmu – wyprowadzenie Kee z oblężonego budynku i przenikliwa cisza i zdumienie wojskowych i imigrantów. To trzeba zobaczyć.
Gdyby spojrzeć na film z realizatorskiego punktu widzenia, to robi wrażenie niemal produkcji niskobudżetowej. W zasadzie nie ma żadnych efektów specjalnych. Dźwięki otoczenia są niezwykle realistyczne i przez to jeszcze bardziej przenikliwe. Niemal jedyne fajerwerki to wzmiankowana wcześniej scena walk ulicznych w obozie przejściowym – kamera z obiektywem zbryzganym krwią jest jak z przerażającego filmu dokumentalnego z miast Libanu lub Bagdadu.
Ludzkie dzieci to dobry film. Powiedziałbym nawet – on mnie pozytywnie rozczarował. Jest realistycznym opisem dość prawdopodobnych scenariuszy. Jednocześnie zachowuje umiarkowanie i dystans. Chyba udaje mu się także uniknąć taniego sentymentalizmu. Być może wyjątkiem jest scena finałowa – kiedy Theo wraz z Kee opuszczają zrujnowane miasto na małej łódce. A szkuner, który ich odnajduje ma na burcie nazwę Tomorrow. To już symbolizm. Właśnie symbolizm prostej nadziei.
Nadziei, która jednak ma gorzki smak.

Zwróćmy jednak uwagę, iż ta nadzieja nie jest rękoma ludzkimi uczyniona – Cuarón zostawia tu pole fantazji widza: nikt nie wie, czy dziecko Kee jest wynikiem mętnych eksperymentów Human Project, czy poczęte jest drogą naturalną. Jeśli to ostatnie jest prawdą, to ja widzę w tym początek końca czyśćca, jakiego doświadcza ludzkość w filmie meksykańskiego reżysera.

Share on Facebook

Dodaj swoją opinię

Copyright © camera-obscura
autorskie recenzje filmowe | Krzysztof Kudłacik

Zbudowany w oparciu o Notes Blog Core
Powered by WordPress