Dwugłos o ojcostwie

Te filmy warto oglądać obok siebie. W dowolnej kolejności. Mam na myśli Broken Flowers Jima JarmushaNie wracaj w te strony Wima Wendersa. Filmy o których mowa, w pewien szczególny sposób się uzupełniają. Oglądają podobne (te same?) sytuacje z dwóch różnych punktów widzenia. Jednocześnie są ciekawą ilustracją podejścia tych dwóch autorów. Jarmush i Wenders poniekąd dokonują pewnych ważnych życiowych rozliczeń.
Najpierw – obydwa obrazy są bardzo gorzkie. Pokazują ludzi dojrzałych, którzy – z różnych powodów – nagle stają twarzą w twarz z własną przeszłością. I to uświadamia im ich klęskę: oni przegrali.
Don Johnston (przez „t”) były kobieciarz, podstarzały donżuan odbywa podróż wstecz – poprzez możliwe scenariusze swojego życia. Ogląda się w zwierciadłach swoich byłych kobiet. Z jednej strony może się przekonać, iż żadnej z tych możliwych dróg nie wybrałby obecnie, więc zyskuje ukojenie, jakoby porzucając swoje kobiety podejmował słuszne decyzje. Ale z drugiej strony paradoksalnie tym bardziej czuje obecną swą pustkę i nie spełnienie.
Może nawet czuje żal?
Wie jedno: jego obecne życie jest puste, brak w nim dopełnienia. Dlatego desperacko szuka swojego domniemanego syna. Ale czy go znajduje?
W zasadzie można powiedzieć, że Jarmush zdobył się na ironię wobec swojego bohatera, bo swobodnie można ocenić, iż Johnston co najwyżej spotyka kogoś, kto zaczął odczuwać potrzebę odszukania ojca – podobnie, jak on odczuł potrzebę odszukania syna. Zatem jest to swoista pogoń za iluzją. Postać grana przez Murraya żyła iluzjami i goniła za nimi i zostaje w efekcie z pustymi rękoma.

poster, Broken flowers

W filmie Wendersa jest podobnie. Główny bohater gnany nie do końca określonym uczuciem porzuca cały dotychczasowy tryb życia i odbywa podróż wstecz, w głąb swojego życia. Siedząc na sofie w mieszkaniu swojej matki zdumiony ogląda swoje życie przez wycinki prasowe z kronik towarzyskich i bulwarówek. Uświadamia sobie, iż w zasadzie wszystko przegrał i nic nie ma. Informacja o byłej kochance, która ze związku z Howardem (granym przez Sama Sheparda) miała syna, spada na niego jak grom z jasnego nieba. Przeczuwa, że jego syn, którego nigdy nie widział, także będzie czuł do swojego ojca życzliwe uczucia. I tak rozpoczyna się jego podróż.
Możnaby oczekiwać, iż jej przebieg i zakończenie będą w ogólnych zarysach przewidywalne. Jest jednak przeciwnie. Howard okazuje się dość nieporadnym pijaczkiem i utracjuszem, który jakąś nić zrozumienia nawiązuje chyba tylko z własną matką. Pięćdziesięcioletni mężczyzna nadal wymagający matczynej opieki. Jego naiwność zostaje srodze ukarana – najpierw okazuje się, że w zasadzie nie wzbudza poważniejszych emocji u swojej byłej kochanki, matki jego syna: Doreen (wyborna rola Jessici Lange) traktuje go co najwyżej z ograniczoną życzliwością, wręcz jak zwykłą ciekawostkę turystyczną. Jednak główny bohater doznaje szoku, kiedy wreszcie spotyka się z swoim synem: najpierw agresja ze strony młodzieńca, a potem całkowite odrzucenie. Howard się tego nie spodziewał. Spotyka go taki los, jak mebla wyrzuconego na śmietnik (doskonała scena, kiedy Howard nocuje pod oknem syna na wersalce wyrzuconej na ulicę w stosie śmieci). Jego odrzucenie wydaje się być wzmacniane obecnością Sky – rówieśniczki syna, która podejrzewa, iż właśnie Howard jest jej ojcem. To Sky jest figurą sumienia Howarda: ona poszukuje z nim kontaktu, ona potrzebuje ojca i jest w stanie zaakceptować Howarda: ale nie bezwarunkowo. Cierpliwie przemawia do niego. Próbuje wskazać mu drogę do przemiany z podstarzałego utracjusza i nieudacznika w dojrzałego, odpowiedzialnego mężczyznę.

poster, Nie wracaj w te strony

Ostatnia scena filmu jest w tym kontekście specyficzną codą: dokąd i w jakim celu wyruszają z rodzinnego miasteczka Sky i Earl?
Widzimy więc, iż w końcu punkt finalny dla Wendersa i Jarmusha jest jednak zupełnie różny. Jarmush zostawia Johnstona na rozstaju: dosłownie i w przenośni. Nie daje mu niemal nic na końcu. Don na końcu jest jeszcze bardziej samotny i opuszczony niż na początku – ale jest nadal wyłącznie byłym Donżuanem pozbawionym swojego życia. Wyszedł z pustej subiektywności i na niej poprzestał: jak przez szybkę obejrzał swoich kiedyś-bliskich, być może nawet spojrzał w oczy synowi – ale to wszystko.
Wenders natomiast wykazał się o wiele szerszą perspektywą – było w niej miejsce na dojrzałość i odpowiedzialność. Howard się zmienia: najpierw dociera do niego pustka jego własnej osobowości, potem następuje pewien zwrot: staje się ojcem – a w zasadzie już się domyśla, co powinien zrobić, aby nim być: powinien poczuć odpowiedzialność i znaleźć siły do jej udźwignięcia.
To ostatnie wydaje się różnić podejście Jarmusha od Wendersa – pierwszy uprawia kino artystyczne, a drugi kino moralne.

Share on Facebook

Jeden komentarz

  1. […] Tym razem tekst porównawczy i syntetyczny: recenzja filmu Jima Jarmusha Broken flowers i dzieła Wima Wendersa Nie wracaj w te strony. Zapraszam. […]

Dodaj swoją opinię

Copyright © camera-obscura
autorskie recenzje filmowe | Krzysztof Kudłacik

Zbudowany w oparciu o Notes Blog Core
Powered by WordPress