Pan i władca

Oto Peter Weir nakręcił film dobry. Dobry film „marynistyczny„. Czerpiący z pewnych kanonów filmu przygodowego i wojennego. Kapitalnie oddający klimat przedstawianej epoki. Z naprawdę udanymi rolami Russella CrowePaula Bettany.Uprzedzam od razu – to nie jest opowieść klasy „Gladiatora”. Zatem ci, którzy kochają R.Crowe za Gladiatora nie otrzymjają niczego podobnego w „Master and Commander: The Far Side of the World„. Film Weira to historia dla miłośników filmów o morzu i twardych ludziach starających się przetrwać w tym żywiole. „Pan i władca” to wynik kolejnego mezaliansu (?) Australijskiego reżysera z kinem gatunkowym. W efekcie mamy kunsztownie zrealizowany film z czasów wojen napoleońskich. Film przygodowy i wojenny. Daleko mu do mrocznych tajemnic z „Pikniku pod wiszącą skałą” (1975), wizjonerskiej „Ostatniej fali” (1977), czy moralizatorskich motywów z „Bez strachu” (1993). Zdecydowanie bardziej jest to kino zbliżone do wojennego „Gallipoli” (1981), czy czysto obyczajowej „Zielonej karty” (1990).

Master and Commander: The Far Side of the World


Weir nakręcił bez wątpienia film, który będzie wysoko notowany wśród raczej nielicznej grupy filmów marynistycznych. Trzeba przypomnieć, że ten specyficzny gatunek raczej nie jest faworytem producentów z Hollywood. Oczywiście bywały wielkie widowiska wojenno-morskie („Leyte”, „Enemy below”, „Das Boot”), przygodowe opowieści morskie (klasyczny „Moby Dick”, „Piraci”) czy baśniowe historie o piratach i korsarzach (całkiem niedawny „Klątwa czarnej perły”). Ale próby realistycznej opowieści marynistycznej to raczej wyjątki od reguły, niż stałe danie bywalców kin. Takie próby w ostatnich dekadach, to remake „Buntu na ‚Bounty'” i „Das Boot”. Jednak być może poza filmem Petersena trudno szukać tu rzeczywiście solidnych pozycji. Jest to dość dziwne, zważywszy, iż beletrystyka marynistyczna pełna jest materiału kapitalnie nadającego się do prezentacji na ekranie. Jednak takich filmów się nie produkuje z dość jasnych przyczyn: są trudne w realizacji i wymagają rzeczywiście właściwego podejścia, aby unikać ześliźnięcia się w banał prostych przygodówek o piratach z jednej strony lub monumentalnych dzieł z dymem strzałów armatnich z drugiej.

Po obejrzeniu Wydaje mi się „Master and Commander: The Far Side of the World” właśnie wypełnia tę lukę w najlepszy możliwy sposób.
Przede wszystkim film, o którym mowa nie jest opowieścią o morzy jako takim. Nie jest ono też głównym bohaterem. Morze jest tu ważnym czynnikiem, ale nie jest najważniejsze. Sytuacja jest tu podobna jak w „Das Boot” Petersena – morze stwarza teatr i graniczne warunki przedstawianych zdarzeń, ale to nie jest rola główna. Dzieło Weira to film po części przygodowy, obrazujący jak wyglądał obraz świata w oczach żeglarzy początków XIX wieku. Z jednej strony jest mitologizowany Nelson i realia wojny Napoleona przeciw Anglii (jesteśmy wszak w roku bitwy pod Trafalgarem i śmierci Sir Nelsona, który skutecznie udaremnił plan inwazji na wyspę), a z drugiej mam pokazany stan wiedzy przyrodniczej początku XIX w., gdzie niemal każda dłuższa wyprawa przynosiła odkrycia i weryfikację już istniejącej wiedzy. Ponadto cała mitologia, zabobony i uprzedzenia z przedniego kubryku z demoniczną postacią cieśli okrętowego.

Crowe zagrał kapitana Jacka Aubreya rzeczywiście imponująco. Bez fajerwerków, bez zbędnych ekspozycji – dobrze trzymał się linii postaci. I na tych raczej oszczędnych środkach zbudował dobrą rolę i kapitalnie uzupełnił innych (np. P.Bettany w roli pragmatycznie nastawionego chirurga okrętowego – Stephena Maturina), którzy zrobili co do nich należało. W efekcie mamy obraz zbiorowości z paroma rodzynkami zindywidualizowanych postaci. Sympatyczna klasyka.
Weir osiągnął dokładnie to, co zamierzał – czyli zrównoważony obraz zbiorowości, która opera się na paru głównych osobach spośród różnych grup tworzących całość o której mowa. Sądzę, iż to tak miało być – Weir wybrał określoną konwencję i był jej wierny. Chciał nakręcić standardowy film wojenno-przygodowy i to zrobił. Tu nie ma ambicji ani na wielkie psychologiczne zmagania, ani na one-man-story. A i tak oś postaci to Aubrey vs. Maturin – reszta miała nie tyle być czystym tłem, co uzupełnieniem pewnych napięć między tymi głównymi protagonistami. Zresztą ta dwójka i tak zostaje całkiem porządnie pokazana. są tu jakieś konflikty, jest i swoista subtelna walka o dusze młodego midszypmena.

Bohaterem filmu Petera Weira jest zbiorowość z (przynajmniej) dwoma postaciami wiodącymi. „Master and Commander” to realistyczny obraz załogi bryga, który ma odszukać zawładnąć większą jednostką dowodzoną przez wytrawnego przeciwnika. Jest tu obraz poczucia obowiązku i jego granic. Jest pytanie o to, jak daleko posunie się Aubrey w swoim zacietrzewieniu i chęci udowodnienia sobie i załodze, że jest szczęściarzem i jednocześnie wyrachowanym żołnierzem. Gdyby szukać pewnych (nie do końca dobrych analogii), to mamy tu podobne dylematy, jakie pokazywał Ridley Scott w „White Squall”.
Mnie najbardziej ujęły w tym filmie (poza wyżej wzmiankowanymi relacjami Aubrey vs. Maturin) realizm życia na okręcie w epoce napoleońskiej (wnętrza, zajęcia załogi, jej zwyczaje, kastowość tego środowiska – pamiętajmy, że załoga była w zasadzie rekrutowana z łapanek ulicznych, a oficerowie to najczęściej wydziedziczeni lub podupadli synowie szlachty) oraz oszczędność w całym obrazie walk żaglowców. W tym ostatnim można było oczywiście (technika, ach ta technika) iść na całość i wymodelować wszystko, co tylko dusza zapragnie – a tu właśnie zachowano wstrzemięźliwość – pokazano tylko, to co było rozsądne (okręty raczej z daleka, ich starcie raczej zasłonięte przez dymy salw armatnich itd.).

Chcę wyraźnie zaakcentować właściwą miarę interpretacji tego filmu – to nie jest film opowiadający o moralnych dylematach Jacka „Szczęściarza” Aubreya – owszem, Aubrey ma wyraźnie określoną ideologię: wie, iż czasami trzeba poświęcić mniejsze dobro, aby ocalić dobro większe. Wyjaśnia to wprost w czasie jednej z rozmów ze swoim przyjacielem a zarazem protagonistą – chirurgiem Maturinem. W filmie są przynajmniej dwie sytuacje dobitnie i jasno ilustrujące tą zasadę. Jedna, gdy trzeba poświęcić zdolnego podoficera w sztormie przy przylądku Horn, aby uratować cały okręt przed zatonięciem. Druga, kiedy Aubrey-Crowe decyduje – poniekąd wbrew swoim oficerom i przyjacielowi – ścigać swojego przeciwnika od wybrzeży brazylijskich aż na Pacyfik. Stawia w tym momencie wyżej swoją rachubę możliwych zniszczeń, które może wyrządzić francuska fregata wyżej niż życie i zdrowie załogi swojego okrętu.
Ale to tyle. Nie ma moim zdaniem podstaw twierdzenie, że „Pan i władca” to ciągłe pasmo hamletyzujących decyzji Aubreya. Pamiętajmy, że Weir zaproponował nam bardzo sprawne kino gatunkowe z realistycznym obrazem życia na żaglowcach w początkach XIX wieku. To nie jest kino moralnego niepokoju! Widać to poniekąd w samym zakończeniu filmu. Jest ono lekkie i stanowi swoiste „przymróżenie oka” twórcy do widza: wiecie, jak jest – przygoda znów nas wzywa i idziemy za nią chętnie.

Generalnie: dla mnie to pewne wydarzenie końca roku, choć oczywiście poważniejszych ambicji intelektualnych tu nie ma. Rozrywka na dobrym poziomie dla naprawdę zainteresowanych.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *