Nienawiść

„Nienawiść” oto temat kinowy tyleż popularny, co banalnie wytarty. Jednak gdyby dobrze poszukać, to dojdziemy do wniosku, że nie ma za wiele filmów skupiających się dłużej na tym fenomenie. Nie dajmy się zwieść pozorom – nie bierzmy łatwowiernie np. chęci zemsty – jakże często eksploatowanego motywu kina sensacyjnego, czy kryminalnego – wendetty za nienawiść w sensie właściwym. Dlatego ostatnio obejrzane „Nienawiść” (La Haine, 1995) Mathieu Kassovitz a oraz „Zabij ich wszystkich” (2000) Przemysława Wojcieszka zwróciły moją uwagę. Więcej – zaniepokoiły mnie.

Kassovitz w swoim filmie przygląda się wielkomiejskiemu osiedlu gdzieś na obrzeżach jednej z metropolii współczesnej Francji. Tanie czynszowe mieszkania zajmują tam kolorowi lub wyrzutki innych mniejszości etnicznych lub religijnych. Na ulicy rządzą gangi. W takich okolicznościach trudno o niewinność lub postawę neutralności. Ta ostatnia może być tylko otępieniem lub izolacją. Społeczność metropolii poddana jest oglądowi w krytycznym momencie kiedy w wyniku interwencji Policji trafia do szpitala jeden z członków miejscowego gangu. Pobity trafia do szpitala, gdzie jego życie wisi na włosku. Jego kumple stoją przed dylematem co mają zrobić, gdyby ich wspólnik zmarł? Już teraz wspomniany incydent jest zarzewiem zamieszek i regularnych bijatyk miedzy Policją a młodocianymi gangami.

Wojcieszek wybiera podobne tło dla swojej opowieści. Oto w jakimś polskim mieście (skądinąd wiadomo, że chodzi o Słupsk) policjant śmiertelnie pobił młodocianego kibica lokalnej drużyny piłkarskiej wracającego z meczu swojej ukochanej drużyny. Miasto – a w zasadzie jego  blokowisko („robotnicze blokowisko”, „brudne przedmieście”)  – wrze, a na osiedlu zabitego kibica wybucha regularna bitwa z Policją. Media mają do dyspozycji to, co najbardziej kochają – krwawą sensację w postaci ulicznej wojny. Na tym tle w klaustrofobicznej atmosferze małego mieszkania rozgrywa się dramat. Mieszkają w nim Marek, Grzesiek i Krzysztof – trzej młodzi „studenci”, którzy pracują jako przedstawiciele handlowi miejscowego przedsiębiorcy. Krzysiek jest w delegacji. Odwiedza ich Ewa – siostra Krzysztofa. To ona jest głównym narratorem wydarzeń – on ze swoim poczuciem misji – buntu – który w zastanych okolicznościach chce zrealizować wpada do napiętego układu między studentami, a właścicielem mieszkania: Januszem ” Inwestorem ” („ jestem przed-się-biorcą „).

Już tu rysuje się pierwsza paralela między punktem widzenia obydwu reżyserów – lokalizacja wydarzeń. W obydwu przypadkach są to peryferia . Większych całości. Takie miejsca są szczególne. Nie każdy może mieszkać na peryferiach. Tu się mieszka w grupie . Tu wspiera się ” ziomali „. To perspektywa plemienna, tybalna. Peryferia to świat nie tylko na obrzeżach geograficznych – ale nade wszystko to świat wartości: na peryferiach jest się poza głównym nurtem, poza głównym obiegiem świata. Choć niekoniecznie jest się pozbawionym szans wyrzutkiem. Kassovitz i Wojcieszek rysują obrazy ludzi, którzy chcieliby osiągnąć jakiś awans społeczny – to nie są ludzie do końca straceni. Przynajmniej jeśli chodzi o ich motywacje (choć znacznie różnią się one zależnie od bohaterów). Świat przedmieść opiera się mimo wszystko na przeciwstawieniu my – oni . To jest realność w której musi się dokonywać wyborów – za lub przeciw. Obydwa filmy borykają się tu z tym samym problemem – problemem lokalności. Czy opisując świat tubylców można doszukać się bardziej uniwersalnych przekazów? Czy też jesteśmy skazani na doraźne i trudne do uniwersalnego przekazu wyrywki z obyczajowości – tu: francuskiej i polskiej?

Sądzę, że Wojcieszek i Kassovitz wychodzą z tej trudności obronną ręką . Lokalność, slang i inne poszlaki zrozumiałe do końca tylko w danych okolicznościach są tylko metodą, narzędziem do wskazania na problemy uniwersalne. Ten sukces reżyserów ma oparcie w dwóch głównych faktach. Po pierwsze – świat przedmieść jest światem wyborów, które stawia się jasno i których konsekwencje są raczej trwałe. Tu trzeba wybierać między lojalnością wobec grupy, lub wobec świata publicznego – uznanego za oficjalny. To rodzi wyraźne poczucie odpowiedzialności za czyny i deklaracje. A to są już uniwersalia. Po drugie – „Nienawiść” i „Zabij ich wszystkich” opisują powszechne ludzkie namiętności – w szczególności mam na myśli właśnie nienawiść . To także uniwersale ludzie.

Obaj reżyserzy opisują nienawiść – choć różnią się perspektywą oglądu. Przedmiot o którym traktują ich filmy jest identyczny, ale w filmie Francuza nienawiść jest poniekąd stanem społecznym – fenomenem socjologicznym. Jego determinanty są ekonomiczne, etniczne i religijne. Tu się nienawidzi ludzi, bo są bogaci lub mają dobrze płatną pracę. Tu się nienawidzi ludzi, bo mają inny kolor skóry lub przynależą do innego gangu. Tu się nienawidzi ludzi, bo nie podzielają naszej wiary w naszego Boga. Wbrew pozorom to nie jest prosty i jednoznaczny obraz. Przecież Kassovitz opowiada o dwóch dniach z życia ateisty o autorytarnych poglądach pochodzącego z tradycyjnej żydowskiej rodziny – Vinz a(Vincent Cassell), Araba Said a (Said Taghmaoui) i Murzyna – Huberta (Hubert Kounde). Jednoczy ich przynależność do jednego gangu. To nie jest dychotomiczny obraz. To jest swoisty patchwark światopoglądowy. W filmie Kassovitz ’ a główny bohater – Vinz – nienawidzi policjantów i planuje morderstwo jednego z nich nie dlatego, iż został przez nich jakoś szczególnie pokrzywdzony – on chce wyrównać rachunki uniwersalne: „ bo tak wypada – śmierć za śmierć „. Ta sytuacja jest nader wyraźna wtedy, kiedy XXX tłumaczy kolegom, dlaczego teraz trzeba zabić. Ale jako jeden z prawdopodobnych celów swojej wendetty chce wybrać Żyda pracującego w Policji.

Taki społeczny charakter nienawiści wydaje się mieć w filmie autora z „Amelii” także ten skutek, że choć nosicielami tej emocji są konkretni ludzie, to jednak czują się oni w swoich czynach usprawiedliwieni sytuacją. Musiałem zabić, bo tak się tu załatwia te sprawy – to w dość bezpośredni sposób zdejmuje z Vinz a (w tej roli niezapomniany Vincent Cassell) odium odpowiedzialności za czyny, nawet te zbrodnicze.

W „Zabij ich wszystkich” Ewa jest głównym motorem zdarzeń. To ona wpada w zastany układ z żądząÂ  niszczenia i ze swoją nienawiścią do Systemu. Wierzy, że zdarzenia, których  jest świadkiem (widzi walki uliczne z okna mieszkania i z ekranu telewizora – to zresztą wyśmienicie pozwala reżyserowi pokazać dwoistość buntowniczej świadomości – z jednej strony obraz wydarzeń kreowany przez media, a z drugiej możliwość bezpośredniego oglądu rzeczywistości bez pośrednictwa) są objawem rzeczywistego buntu społecznego – oto jest jakaś siła, która wystąpiła przeciw Systemowi! Co więcej – że obserwowane zdarzenia mają solidne podstawy w niezadowoleniu społecznym. Że to nie jest tylko doraźna ruchawka uliczna wywołana przez przypadek i podjęta przez chuliganów i kiboli. Że to faktyczny początek rewolucji. Ta wiara Ewy bierze się głównie z jej dotychczasowych doświadczeń i rozczarowań. To ona nienawidzi . Nienawidzi młodego i skarlałego polskiego kapitalizmu – tu reprezentowanego przez Janusza ” Inwestora ” (genialna wręcz rola Roberta Gonery ). Nienawidzi tego, że młodzi ludzie zamiast szukać szans na rozwój zawodowy i osobisty muszą być zawodowymi przedstawicielami handlowymi, którzy uganiają się ułudnymi fortunami zawiedzeni przez mniemanych przed-się-biorców. Nienawidzi systemu, który jej ukochanego ojca (nauczyciela polonistę) doprowadził do stanu degrengolady społecznej i śmierci w nędzy i zapomnieniu. Ona już sobie na to nie pozwoli – sama zdecyduje o wymierzeniu sprawiedliwości. Zatem widać tu wyraźnie, że Wojcieszek idzie innym tropem tu nienawiść jest oparta na jednostkowej zmistyfikowanej świadomości . Ale nie wyłącznie – jej cel nie jest partykularny i prywatny. Ewa jest przeświadczona, iż buntując się realizuje jakiś bardziej uniwersalny – społecznym plan. Ona się buntuje nie dla siebie – ale dla brata, dla Marka i Grześka i dla im podobnych. Ona chce nowego, lepszego świata. Wojcieszek analizuje nienawiść zindywidualizowaną – w jego filmie społeczny wymiar sprawiedliwości jest co najmniej drugorzędny.

I kolejny rys wspólny omawianych filmów: rola przypadku . Obaj zgodnie pokazują, że przypadek jest nieomal osią dramaturgiczną przedstawianych zdarzeń. Bohaterowi obydwu filmów głównie są niesieni przez zewnętrzne zdarzenia, przypadki. Nie jest tak, iż oglądamy obrazy w których główne postacie realizują jakieś wcześniej powzięte własne plany. Przeciwnie – to oni muszą dostosować się do zachodzących wokół nich zmian. Oni wreszcie są ofiarami przypadkowych zdarzeń. Oto wola buntu i niszczenia Ewy zostaje skutecznie utemperowana, kiedy Grzesiek poparty przez Marka zamyka dziewczynę w komórce. Oto buńczuczne plany zostają skarcone niczym fantazje smarkacza. Przypadek wreszcie dopełnia losu głównych bohaterów obydwu filmów w scenach finałowych. To los, przypadek, zbieg okoliczności wydaje na nich swój wyrok. Zmusza do określonych działań – nawet jeżeli sami bohaterowie nic podobnego nie planowali, ani nie chcieli. To zarazem swoiste fatum.

Widz oglądając te filmy i ich finałowe sceny jest świadom, że oto dzieje się jakaś rzecz przypadkowa (mogłoby być przecież całkiem inaczej: Ewa mogłaby zwyczajnie wyjechać nie doczekawszy powrotu brata; a Hubert mógł zostać zawodowym bokserem), a jednocześnie rodzi się w nim przekonanie, iż inaczej być nie mogło ! Takie a nie inne zakończenie analizowanych filmów wydaje się w pewnym momencie nieodparte. Fatum. Los. Przeznaczenie. I tragedia.

„Zabij ich wszystkich” to film szczególny. Nie tylko jest to produkcja offowa najwyższej próby, ale przede wszystkim to film zwracający uwagę na pęknięcia w naszej polskiej rzeczywistości tu i teraz. Oto świadomość budowania społeczeństwa kapitalistycznego już się wyczerpała – pozostał niesmak i narastające niezadowolenie ocierające się o bunt. Film Wojcieszka to dzieło filmowe niespodziewanie konsekwentne i przemyślane. Pełne kapitalnych slangowych dialogów. Na zadowalającym poziomie aktorskim – choć rola Ewy przypadła naturszczykowi: Sylwii Juszczak. Juszczak gra instynktownie. Czuje swoją rolę i z pełnym wewnętrznym autentyzmem stara się ją zrealizować. Jest dynamiczna, brawurowa i często brutalna. Chociaż brak jej zawodowego warsztatu (co widać w zestawieniu z Gonerą), to jednak jej praca jest godna odnotowania. Wspomniałem już kapitalną kreację Gonery. Ale warto zwrócić uwagę na końcową scenę – choć widz wie, że dochodzi do morderstwa, to obraz i dźwięk płynące z ekranu – niemal cisza i zastygły nieruchomo obraz korytarza – stanowią wzmagający napięcie kontrast. A przy końcowych napisach śliczna kojąca muzyka jak z sielankowego sitcomu („Piotruś” w wykonaniu Nataszy Zylskiej).Tak przy okazji – czy ktoś pamięta początkowe sceny dzieła Davida Lyncha „Blue Velevet„?

Podobnie można ocenić dzieło Kossovitza. Teraz jednak pora na wyjaśnienie, czym obydwa filmy mnie zaniepokoiły? Oglądając je nie mogłem pozbyć się wrażenia, iż mimo swojego krytycznego rysu i dogłębności analizy pozwalają one sobie na pewien permisywizm i niedomówienia. Szczególnie jest to wyraźne w dziele francuskiego reżysera. Tu dopatruję się zgody i tolerancji dla działań przestępczych – to pewna apologia bandytyzmu i zdziczenia obyczajów. To jest tylko o krok do zachęty dla deprawacji. Istnienie zła traktuje się jako normalny stan społeczny – gangi i bandziory istniały zawsze, więc nie ma sensu ich piętnować. Taka jest nieskrywana sugestia Kossovitza. Wzmacnia ją współczuciem, które wzbudza w widzach los głównych bohaterów. Owszem – przyznaje autor – być może są to pełni kompleksów i złej woli idioci, zadowoleni ze swojego pasożytniczego bytowania ale starajmy się ich zrozumieć – są poniekąd ofiarami istniejącej machiny społecznej. Są ofiarami systemu. Sądzę, że nie da się uniknąć takiej interpretacji tego – skądinąd udanego – filmu. Kossovtiz jest świadom jest sytuacji, bo finałowa scena jest wyraźną pointą opowiadanej historii. U Wojcieszka sytuacja wygląda inaczej. Tu właśnie – w odróżnieniu od „Nienawiści” – brak mi jakiejś wyraźniejszej pointy. Być może to cel zamierzony. Film kończy się poniekąd w zawieszeniu – niewiele ono wyjaśnia. Dochodzi do przypadkowej tragedii. Ale nic ponadto. Motoryka „Zabij ich wszystkich” wyczerpuje się w krytycyzmie: skierowanym równo przeciw systemowi społecznemu, jak i konkretnym postawom życiowym każdego z bohaterów. Naturalnie przejście na drugi biegun, czyli poszukiwanie na siłę morału i dydaktyki byłoby fatalne. Ale jednak nie mogę oprzeć się wrażeniu, iż po kończącej film scenie widz może tylko wzruszyć ramionami i zapytać: i co z tego?

Share on Facebook

Dodaj swoją opinię

Copyright © camera-obscura
autorskie recenzje filmowe | Krzysztof Kudłacik

Zbudowany w oparciu o Notes Blog Core
Powered by WordPress