Atak Klonów – niska rozrywka na wysokim poziomie

Część druga, nazywana z angielskiego epizodem drugim, to film, jak pozostałe „Gwiezdne Wojny„, nie dla każdego. Tak samo, jak nie dla każdego przeznaczone są przygody Indiany Jonesa albo seria „Powrotów do przyszłości”. Nie chcę powtarzać sloganu, że to kino dla dzieci, zarówno tych starych jak i młodych, ale taki właśnie był zamiar twórczy Lucasa. Film nie potrzebuje dogłębnej analizy znaczeń oraz poszukiwania drugiego i trzeciego dna, bo nic takiego tu nie występuje, a przynajmniej nie bardziej niż w oryginalnych „Gwiezdnych Wojnach”. Jest to natomiast produkt Hollywoodu i to produkt nie byle jaki.

Star Wars: Episode II - Attack of the Clones

Lucas jako cwany biznesmen posiada zapewne armię mądrych doradców, którzy podpowiedzieli mu, że na okazję „Ataku klonów” nie trzeba będzie przeprowadzać kosztownej kampanii reklamowej. Ten film zareklamuje się sam. I rzeczywiście tak było, informacje o premierze najnowszej części gwiezdnej sagi pojawiły się w radiu i telewizji, ale nie w blokach reklamowych, tylko jako najnormalniejsze wiadomości. Wystartowano skromną jak na możliwości Lucasa kampanię reklamową, w której podkreślono wątek romansowy. Cel tego zabiegu był jeden: należy na szerszą skalę przyciągnąć do kina również pary, a nie tylko rodziców z dziećmi. To bardzo dobry chwyt.

Podczas projekcji film zapiera dech w piersiach, jeśli tylko się mu na to pozwoli. Trzeba obudzić w sobie skrywane na co dzień pokłady dziecinności albo jeszcze lepiej, pójść do kina z dzieckiem i przeżyć to widowisko razem z nim. Przelatujące statki kosmiczne wywołują drżenie kinowych foteli, a dynamizm scen akcji jest niesamowity. Film skonstruowano zgodnie z prawidłami tego typu kina. Zaczyna się konkretnie, zaledwie kilka dialogów i mamy pościg po największym mieście w galaktyce, Coruscant. Nieco później akcja nieco siada, prezentowane są trzy wątki: miłosny, przemiany Anakina oraz śledztwa Obi Wana. Równoległa narracja jest bezpośrednim nawiązaniem do „Imperium kontratakuje”, części zgodnie uznanej za najlepszą przez fanów. Potem film znów nabiera tempa, które utrzymuje do samego końca. Uwaga, jeśli nie skończycie popcornu do tego momentu, to może on pozostać niedojedzony.

To, co najbardziej spodobało się sympatykom kosmicznej serii, to wypełnienie filmu nawiązaniami do wszystkich czterech pozostałych części. Znajdziemy tutaj świadome odwołania do właściwie wszystkich wątków, jakie przewinęły się w Gwiezdnych Wojnach. Ponieważ nie chcę nikomu psuć seansu, to radzę osobom, które jeszcze filmu nie widziały, przeskoczyć trzy następne akapity.

Mamy w filmie odwołania nieskrywane, widoczne na pierwszy rzut oka. Są to przede wszystkim postaci. Pojawia się kultowy łowca nagród, Boba Fett, jeszcze jako młody chłopak. Obi Wan nosi się z parodniowym zarostem, co stanowi pomost pomiędzy jego prezencją w części pierwszej i czwartej. Anakin przebąkuje o tym, że wolałby, gdyby galaktyką rządził jeden mocny władca zamiast niewydolnego senatu. W tle pojawiają się, jeszcze jako narzeczeni, państwo Lars, czyli przyszłe wujostwo Luke?a.

Dalej mamy masę szczegółów, które zauważą już tylko ci, którzy oglądnęli poprzednie części sagi kilkakrotnie. Widzimy, że Yoda trenuje młodych rycerzy Jedi za pomocą urządzeń w kształcie kuli dokładnie takich samych, jak model używany w przyszłości przez Luke?a. Pojawia się wątek planów Gwiazdy Śmierci i dowiadujemy się, że już wtedy powstał zamiar jej zbudowania. Transportowce klonowanej armii republiki do złudzenia przypominają imperialne niszczyciele. Powoli wyłaniają się kształty przyszłego stroju szturmowca. Na Tatooine bohaterowie spożywają posiłek w pomieszczeniu, w którym kiedyś będzie to robił młody Luke, a umalowanie sufitu oraz naczynia są identyczne. Na arenie Anakin wymawia najczęściej występującą kwestię w całej gwiezdnej sadze, czyli „I?ve got a bad feeling about this”.

Ostatecznie w filmie są też elementy, których wyłapanie i skojarzenie jest naprawdę trudne. Nawet kilkukrotne seanse oryginalnej trylogii mogą nie wystarczyć, aby zidentyfikować te drobne smaczki. Widzimy starego mistrza Yodę przewodzącego armią i przypominającego w tej roli Vadera. Yoda wypowiada między innymi kwestię „Bring me my ship”, która w przyszłości będzie zarezerwowana dla mrocznego rycerza. Widzimy, że w pasie asteroidów Obi Wan popisuje się dokładnie takim samym manewrem, jaki w przyszłości zrobi Han Solo uciekając przed myśliwcami Imperium. Wiemy, że za drugim razem młody Fett nie da się już na to nabrać.

„Gwiezdne Wojny” to zjawisko kompleksowe. Głównym celem Lucasa jest zapełnienie wszystkich działów w Empiku produktami związanymi z nową częścią sagi. Jednym z bardziej smakowitych kąsków jest oczywiście ścieżka dźwiękowa. Williams napisał nowy dobry temat muzyczny pod tytułem „Love Theme”. Pokazał, że potrafi mistrzowsko zilustrować długą sekwencję akcji, jaką jest scena pościgu w pierwszej połowie filmu. W utworze „Zam the Assassin and the Chase” słychać w kilku momentach nawet gitarę elektryczną, co oddaje miejski charakter tej części sagi. Oglądając film nie sposób nie zauważyć, że w momencie przemiany psychicznej Anakina pojawia się temat Vadera. W końcowej scenie, gdy widzimy armię republiki, rozbrzmiewa marsz imperialny. Gdy Anakin pędzi po pustyni słyszymy znany z części pierwszej „Duel of the Fates”, co przypomina o wyścigu ścigaczy, w jakim młody Skywalker brał kiedyś udział. W wielu miejscach przewijają się znane widzom tematy, dodając znaczenia większości scen i zwracając uwagę na podobieństwa do reszty sagi.

W sklepach przez kilka miesięcy będą pojawiać się gry komputerowe. Już podczas przygotowywania się do wejścia filmu na ekrany zaplanowano równoległe premiery dwóch gier na peceta, maca i konsole. Będą oczywiście książki, komiksy, tematyczne zestawy klocków lego oraz tzw. action figures. Nie ma się co dziwić, „Gwiezdne Wojny” to jedna z ikon końca dwudziestego wieku. Grzechem byłoby przepuścić taką okazję do odnowienia mody, dostarczenia zabawy dzieciom, rodzicom, fanom oraz wyciągnięcia dzięki temu pieniędzy.

Film można tylko polecić, choć jasne jest, że to kino nie dla wszystkich. To typowy film przygodowy i w gruncie rzeczy bardzo dziecinny. Sam znam wiele osób, których nie próbowałbym namawiać na tego typu rozrywkę. Jednak jeśli nie snobujesz się na kino artystyczne, jeśli za każdym razem oglądasz powtórki „Poszukiwaczy zaginionej arki” w TVP i jeśli zostało jeszcze w Tobie coś z dziecka, to Lucas po raz kolejny nakręcił film dla Ciebie.

Michał Olszewski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *