Helikopter w ogniu

Ridley Scott zawsze mnie fascynował. Nawet jego nieudane produkcje – np. „G.I.Jane„, czy „Hannibal” – miały charakterystyczny rys mistrza – wyśmienite wyczucie materii kina. Jego filmy zawsze były perfekcyjnie zmontowane, posiadały znakomite wyczucie tempa i rytmu opowiadanej historyjki. Towarzyszyła temu maestria w operowaniu nawet zgranymi motywami fabryki snów – Hollywood (gwiazdorskie obsady, wyczucie stylu gatunku). Scott umie przy pomocy środków współczesnego kina niesamowicie sprawnie opowiadać nawet banalne historyjki. Nade wszystko jednak to mistrz gatunku.

Black Hawk Down

Wszystko to w całości odnosi się do najnowszego obrazu autora „Blade Runner”a” – „Helikoptera w ogniu” („Black Hawk Down„). Jak dotąd przeczytałem może trzy lub cztery (raczej skromne pod względem rozmiaru) recenzje „Helikoptera”. W pewnym sensie w zasadzie niewiele można do nich dodać. Zgadzam się, że film Scotta jest bardzo mało politycznie poprawny, jednostronny, realistyczny, że nie ma w nim indywidualnego bohatera, że film portretuje raczej zbiorowość – jej losy i świadomość, że graniczy z mało wyszukanymi produkcjami, w których amerykańscy chłopcy o szerokich żuchwach przeżywają męskie przygody w ekstremalnych okolicznościach. Wszystko to prawda. Bardziej rozgarnięci autorzy dorzucają jeszcze sakramentalne stwierdzenie, iż film przedstawia chaos i okrucieństwo wojny. Oczywiście wszędzie – i słusznie – pojawiają się słowa uznania dla Sławomira Idziaka.

Ale wszystko to razem nie wystarczy, aby „Helikopter w ogniu” włożyć do wygodnej szufladki filmów wojennych, a w dorobku samego Scotta sklasyfikować ten film raczej w dolnych rejonach stanów średnich. To nie wystarczy – przeciwnie: gdyby na tym poprzestać, „Black Howk Down” – i jego twórca – zostaną niesprawiedliwie potraktowani. Sądzę, że ten film Scotta jest wyróżniającą się pozycją w jego dorobku, a w sensie gatunkowym – jako film wojenny – zasługuje na najwyższe uznanie: to film wybitny, znakomicie przeważający nad choćby „Szeregowcem Ryan”em„.

Brak politycznej poprawności i jednostronność. Rzeczywiście – „Helikopter w ogniu” to film, który nie schlebia zabobonnej politycznej poprawności dominującej w amerykańskim kinie (jakże mocno wykazała to ostatnia edycja Oscarów!). Somalijczycy u Scotta to wyjąca, krwiożercza i homogeniczna tłuszcza, pogardliwie przezywana przez żołnierzy „skinnies”. Wśród żołnierzy Rangersów oraz Delta Force zauważyłem tylko jednego Murzyna – a i tak w roli delikatnie mówiąc trzeciorzędnej. Co więcej, Scott nie za bardzo pochyla się na ewentualnymi racjami, którymi kierują się lokalni czarnoskórzy watażkowie. Amerykanie przybyli, aby pokonać wrogów – nie ma znaczenia, że w swej masie to ciemny, wyniszczony bratobójczymi konfliktami i klęskami naturalnymi naród Czarnej Afryki: jeśli tylko strzelają do amerykańskich chłopców (a strzelają nawet kobiety i dzieci), to wystarcza, aby zostali wzięci na cel i zabici. W tym zakresie Scott jest jednostronny i politycznie niepoprawny. Ale w mojej ocenie nie jest żaden poważniejszy zarzut. Scott nie zamierza dokonywać wiwisekcji świadomości etnicznej, czy politycznej Somalijczyków. Jego cel jest inny i takie, jak opisałem pokazanie przeciwnika amerykańskich sił specjalnych w Mogadiszu ma swój ukryty cel i sens. Z pewnością tym celem nie jest – jak chcieliby krytycy Scotta – poniżenie Murzynów z Somalii i pokazanie wyższości amerykańskich chłopców. Wręcz przeciwnie! Tak zarysowane tło ma wykazać po pierwsze nieprzystawalność celów, jakimi kieruje się amerykańska polityka światowego żandarma, a po drugie brak narządzi (ideologicznych, poznawczych, gospodarczych) do zrozumienia, do asymilacji zjawiska z jakim spotkali się amerykanie w Somalii.

poster, Black Hawk Down

I tak – amerykanie wierzą i realizują politykę światowego żandarma. Jednak Scott zdaje się sugerować, iż taka postawa musi opierać się na wyważeniu środków do celów. Albo bowiem jest tak, że trzeba uznać wyższość celów nad środkami – wtedy nie ma sensu żałować życia żołnierzy: są przecież ślepym (?) narzędziem. Albo trzeba uznać, iż bywają sytuacje, że osiągnięcie danego celu kosztuje za wiele – wtedy bez poczucia winy należy uznać misję za zakończoną i wycofać się. Scott swoim filmem pokazuje, iż żadna z tych opcji nie ma zastosowania. Amerykanie nie chcą do końca poświęcić swoich żołnierzy, ani uznać, że przegrali. Taki jest moim zdaniem wydźwięk charakterystycznych wyjaśnień: że misja sił specjalnych w Somalii przewidziana była na cztery tygodnie a trwała wiele więcej) oraz to, że pomimo przeciągania się jej ponad rozsądną miarę postanowiono za wszelką cenę osiągnąć – choćby połowicznie – część wyznaczonych celów.

I tak – Amerykanie nie są w stanie zrozumieć, ani swoich antagonistów, ani siebie samych realizujących misję w Somalii. Nie chodzi tu o humanitarny sens misji – uratowanie Somalijczyków przed śmiercią głodową. Mam na myśli ideologię, która jest w to zaangażowana, o usprawiedliwienie jej w oczach świata i własnych. Oto Scott z całą mocą przekonuje, że nie ma takiej ideologii, a te jej fragmenty, które są obecne – nie wystarczają. Rangersi i Delta Force nie są w stanie przekonać tubylców do humanitarnego wymiaru swojej misji – Somalijczycy owszem skorzystają z żywności, której rzeczywiście potrzebują, ale nic ponadto – nie widać, aby brali tę pomoc z całym jej dobrodziejstwem: z przekonaniem o zobowiązaniu jakie zdaje się ona rodzić wobec darczyńców. Głodni Murzyni przyjmą transporty zboża, ale nie będą za to specjalnie wdzięczni, ani tym bardziej zobowiązani np. do zrozumienia, że głód rodzi się z walk plemiennych, niedostatków wykształcenia, czy braków demokracji. Tym samym żołnierze amerykańscy nie są już forpocztą zachodniej demokracji, chrześcijaństwa, amerykańskiego stylu życia, czy wreszcie pokoju. To całkiem jasno widać z rozmów żołnierskich jakie wybiórczo podpatrujemy w „Black Howk Down”, czy choćby z tych nielicznych scen w których swobodnie przemawiają.

Jeśli mój powyższy pogląd jest poprawny, to jasnym staje się, iż amerykańscy chłopcy są w Somalii obcy. I to jeden z głównych punktów filmu Scotta. Widać wyraźnie, że są obcy i obco się czują. Dla niektórych z nich to fakt trudny do przełknięcia – że nie są tu potrzebni, że ich obecność jest pozbawiona głębszego uzasadnienia, że dla somalijczyków są agresorami i wrogami. Z tego punktu widzenia milicja gen. Aidida rekwirująca brutalnie transporty żywności ONZ okazuje się poniekąd koniecznym elementem lokalnego porządku i poczucia etnicznej tożsamości. Dla Somalijczyków milicja Aidida to prawomocni władcy kraju ogarniętego rozkładem. Co więcej – kiedy rankiem niedobitki amerykańskiego oddziału wracają biegiem do „przyjaznych” dzielnic Mogadiszu i zaczynają otaczać ich już tłumy rozkrzyczanych tubylców, to naprawdę trudno zgadnąć czy krzyki, gesty i zachowanie otaczającego ich tłumu jest wyrazem radości, czy też może jest to rodzaj agresji, ale pozbawionej uwieńczenia w formie zbrojnej? Zaiste – taka sytuacja nie sprzyja potrzebnej żołnierzom motywacji. Albo inaczej – ta motywacja musi się zmienić. To drugi istotny punkt „Black Howk Down”. Motywacja otaczająca mit żandarma światowego idzie do lamusa historii. Co ma ją zastąpić? Tu odpowiedź jest już trudniejsza i bardziej wieloznaczna. Owszem – sierżant Tooth – wracając do Mogadiszu w ostatnich scenach filmu przekonuje jednego z towarzyszy „liczy się tylko nasza solidarność, to żeby nikogo nie zostawić na placu walki, liczy się tylko twój kolega”. Czyżby to jeden z morałów filmu? Chyba tak właśnie jest. Owszem – sama w sobie to dość mało wyrafinowana konstatacja. Jednak wzięta w wyżej pokazanym kontekście zyskuje dramatyczny wymiar: klęskę ideologii (prawdziwych i fałszywych). To wyjście pesymistyczne i nie dające nadziei na przyszłość – z tego żaden mit się nie narodzi. Scott na tym poprzestaje. Nie daje się uwieść pokusie moralizatorstwa – poszukiwania następnych usprawiedliwień, czy też szukaniu odpowiedzi czemu ideologia światowego żandarma spłonęła na wyniszczonych ulicach Mogadiszu? Tu nie ma gotowych odpowiedzi – pozostają tylko stalowe skrzynie ze zwłokami żołnierzy. Nie jest to jakikolwiek happy end nadający się do powszechnej akceptacji w fabryce snów.

Jednak z drugiej strony mit solidarności żołnierskiej jest motorem napędowym gatunku filmów wojennych. To potężna zaleta filmu Scotta: mistrza gatunku jaki ujawnił się przemożnie w „Black Howk Down”. Zauważmy, że w tym sensie film o którym mowa, staje się daleki od utylitarnego traktowania filmów wojennych – jako narzędzia podnoszenia morale społeczeństwa lub usprawiedliwiania ofiar z jego strony. Wojna jest odarta z ideologicznych osłonek. Jest zwykłą i przerażającą walką o przetrwanie. Jest brutalnym demonem zniszczenia, który nie potrzebuje dodatkowych – zewnętrznych usprawiedliwień. Można toczyć wojnę dla niej samej. To kolejny wymiar filmu Ridleya Scotta.

Tym samym interesująco uwidaczniają się relacje między „Helikopterem w ogniu” a innymi wybitnymi dziełami gatunku: „Czasem apokalipsy„, czy też „Szeregowcem Ryanem” (nie, nie wymienię tu „Cienkiej, czerwonej linii” … bo poważnie wątpię, czy to kino wojenne). Zestawienie z tym ostatnim (to jest „Szeregowcem Ryanem”) jest dość jednoznaczne – choć mam najwyższe uznanie dla pierwszych 15 minut „Szeregowca …”, to jednak gatunkowy ciężar i ogólna wymowa filmu jest znacznie poniżej poprzeczki ustawionej przez omawiany film Scotta. W moich oczach „Szeregowiec” jawi się jako sprawny warsztatowo, ale standardowy film o okrucieństwie wojny i sile jednostki, która musi przetrwać to piekło i wyjść bez większego szwanku. To film sterowany ukrytą, banalną ideologią pacyfizmu i fałszywie pojętego humanitaryzmu. Inaczej sprawa ma się w relacji do genialnego dzieła F.F. Coppoli. Tu chciałem zwrócić uwagę na całkiem różne pokazanie fenomenu wojny. „Czas Apokalipsy” jest obrazem deterministycznym i mistycznym zarazem. O determinizmie świadczy wyraźnie obecne poczucie konieczności misji kapitana Willarda (Ch. Sheen) i jego celu – pułkownika Kurtza (M.Brando). Kurtz urasta do rangi boga wojny, bo pojął jej istotę – chaos i zniszczenie. Jednak film staje po stronie geniuszu wojny – mistycznie stwierdza jej swoiste piękno i łączność z naturą rzeczywistość – wojnę prowadzi się, bo jest to naturalna skłonność ludzka, jest ona wpisana w nasz los. Scott nie sięga tak daleko – dla niego wojna nie jest wypadkiem w historii ludzkości (jak zdaje się przekonywać „Szeregowiec”), ani częścią istoty rzeczywistości (jak w „Czasie Apokalipsy”). „Helikopter w ogniu” milczy co do związku między naturą świata a wojną – to wydaje się celowe rozwiązanie zważywszy, iż dowodzi głównie upadku ideologii, zaś jakiekolwiek twierdzenie co do związku między wojną, a ludzkością byłoby już tworzeniem ideologicznego mitu. Między „Helikopterem” a „Czasem” widzę jedno iunctum – przekonanie o tym, że wojna to chaos, żywioł. Tak właśnie odbieram całość filmowania scen walki i rolę odegraną w nich przez bezimienny tłum somalijczyków. Płonące domy, zasypane gruzami ulice, rozwścieczone tłumy (bywa, że bez broni – ale nie bezbronne – sceny wściekłego ataku tłumu na drugi strącony śmigłowiec, zakończonego ukamienowaniem załogi i broniącej jej dwójki komandosów), trudna do kontrolowania wymiana ognia często z niewidzialnym wrogiem – to wszystko wspólnie tworzy nieodparte wrażenie, iż Delta Force i Ragnersi poruszają się w zabudowaniach Mogadiszu niby we wciągającym bagnie. Są ogarnięci przez chaotyczny żywioł.

„Helikopter w ogniu” jest wyśmienitym filmem wojennym o złożonej i dyskusyjnej wymowie. Jest to kino niebanalne – tak co do formy, jak i ożywiającego je ducha. Nawiązuje specyficzny dialog z wybitnymi obrazami wojny. Widz wychodzi z seansu ostatniego filmu Ridleya Scotta poruszony nie tylko brutalnością i gwałtownością obejrzanych obrazów, ale nade wszystko zaniepokojony: czy aby jest to zwykły film o okropnościach wojny? Wyżej starałem się pokazać, iż jest to coś więcej – jest to film krytycznie nastawiony do niektórych ze źródeł współczesnych konfliktów zbrojnych. Nie chcę jednak sugerować, że autor „G.I. Jane” nakręcił film antyamerykański. Nic bardziej mylnego – Scott nakręcił film, który jest krytyczną diagnozą – ostrzeżeniem. Ten głos wybitnego reżysera brzmi niepokojąco teraz – po terrorystycznym ataku na Nowy Jork, teraz – kiedy Ameryka z całą siłą angażuje swoją potęgę militarną w wojenkę toczoną z plemiennymi przywódcami Afganistanu. Scott w moim przekonaniu ostrzega: sama militarna potęga jest pusta. Ideologie, które zdają się ja wspierać – usprawiedliwiając działania światowego żandarma – stały się fałszywą świadomością, która już nie jest w stanie dać zrozumienia świata. Świat się zmienił nie do poznania – bywa, że pozornie nieokrzesani afrykańscy watażkowie są bardziej „amerykańscy” od samych Amerykanów. A to (jak się okazuje) jest zaskoczeniem.

Share on Facebook

Dodaj swoją opinię

Copyright © camera-obscura
autorskie recenzje filmowe | Krzysztof Kudłacik

Zbudowany w oparciu o Notes Blog Core
Powered by WordPress