Przeciętny geniusz

Historia Amerykańskiej Akademii Filmowej potwierdza jej upodobanie do filmów o postaciach kontrowersyjnych, ekscentrycznych, w swoim założeniu więc już charyzmatycznych i wielce ciekawych. „Lot nad kukułczym gniazdem„, „Amadeus„, „Moja lewa stopa„, „Rain Man„, „Przebudzenia„, czy „Forrest Gump” to najbardziej oczywiste przykłady doskonałych dramatów, które pozostawiły bohaterów wyrazistych, mających szansę przerodzić się w swoiste ikony geniuszu, nieprzeciętności szaleństwem podszytej. W tym roku z bliżej mi nieznanych powodów do powyższej grupy dołączył film Rona Howarda „Piękny umysł„.

A Beautiful Mind

Ta na wskroś przeciętna hollywoodzka produkcja przedstawia biografię genialnego matematyka, noblisty Johna Forbesa Nasha Jr. Już sam wybór głównej postaci może budzić wątpliwości, bo co ciekawego może reprezentować sobą matematyk? Ano może, jeśli tylko chowa coś w zanadrzu, na przykład schizofrenię. Dla wzmocnienia efektu, który pomógłby zrozumieć chorobę i problemy z nią związane, realizatorzy filmu postanowili ustawić widza w perspektywie głównego bohatera. Z początku reguły świata przedstawionego dosłownie kreuje Nash, mimowolnie bowiem wprowadza postaci, które nie są realne, i jak się później okazuje są wytworem jego chorego umysłu. I to właściwie jedyny ciekawy zabieg, jaki można odnaleźć w scenariuszu. Chwilowa niepewność co jest prawdą, a co tylko urojeniem, zagubienie widza przybliża go do głównego bohatera, ale tylko na moment, gdyż zaraz potem zostaje przywrócony sztampowemu melodramatowi, z którego nie pozwala mu się wyjść do końca seansu.

Samą postać Johna Nasha nie można obdarzyć sympatią, czy nawet współczuciem, w czym oczywiście nie pomaga gra Russella Crowe”a, który z sobie tylko właściwą wrażliwością umięśnionej kłody buduje postać niemiłego i zaprzątniętego jedynie pracą zawodową naukowca. Oczywiście wspomniane cechy można przypisać charakterystyce choroby, która oddala pacjenta od społeczności, skazuje go na osamotnienie, jednak oznaczałoby to nie mniej ni więcej, iż film buduje w miarę wiarygodny wizerunek schizofrenii. Tymczasem pominięta została niemalże cała sfera biologicznych aspektów przypadłości. Nash Crowe”a wydaje się być nieszkodliwym geniuszem, któremu jakoby z definicji pozwolono na odrobinę szaleństwa.

Ponad to związek Nasha z atrakcyjną żoną Alicją wbrew oczekiwaniom niewiele ma wspólnego z klasycznym romansem. Próba ukazania dramatu codziennego życia u boku pracoholika, i dodatkowo schizofrenika sprowadza się właściwie do podkreślenia napięcia seksualnego pani Nash, które niewiele ma wspólnego z ocalającą małżeństwo miłością. Postać Alicji, grana przez dobrą, ale stłamszoną Jennifer Connelly, sprawia wrażenie nieco pasywnej. Brak w niej wyraźnie określonej determinacji, chęci wyrwania męża z choroby. Więcej w bohaterce wahania, czy też biernego trwania jakby z rozpędu przy boku męża, niż szczerego uczucia. Tym bardziej niezrozumiałe wydaje się zakończenie filmu, które utwierdza widza w przekonaniu, że to co oglądał przez jedne z najdłuższych dwóch godzin swojego życia, to akt szlachetnego poświęcenia w imię niewzruszonej miłości. Przypuszczalnie to wina reżysera, który musiał dokonać wyboru między prawdą, a hollywoodzkim schematem, zgodnie z którym wielkiemu bohaterowi nie odmawia się całkowitego zwycięstwa. Nash bowiem nie tylko pokonuje chorobę siłą swojego umysłu, ale także dożywa późnej starości u boku żony, co nie zgadza się z biografią geniusza. Alicja Nash w rzeczywistości opuściła męża.

„Piękny umysł” z całą pewnością nie udowodnił dlaczego postać tego amerykańskiego matematyka i ekonomisty zasługuje na tak duże zainteresowanie. Prosty scenariusz, niewyszukane środki filmowego wyrazu jedynie potwierdzają przeciętność produkcji, a mogło być przecież znacznie ciekawiej. Filmowa biografia Nasha nie tylko nie ukazuje wcześniej wspomnianych dokuczliwych skutków choroby, ale także przemilcza prawdopodobny biseksualizm bohatera, który z całą pewności w konwencji przyjętej przez Howarda okazałby się głęboką rysą na postumencie noblisty. Wypada więc sobie jedynie życzyć, aby film, który w swoim zamierzeniu ma portretować nieprzeciętną jednostkę, rzeczywiście to robił, a nie jak w przypadku „Pięknego umysłu” trafniej i bardziej przekonująco ukazywał chorobowo zmyślone tło, czyli wyimaginowane postaci oraz zintensyfikowaną, przerysowaną historię Stanów Zjednoczonych lat 50-tych i 60-tych.

„Piękny umysł”(„A Beautiful Mind”), USA, 2001, reż.: Ron Howard; scen.: Akiva Goldsman; zdj.: Roger Deakins; muz.: James Horner; scenogr.: Wynn P. Thomas; wyk.: Russell Crowe (John Nash), Jennifer Connelly (Alicja Nash), Christopher Plummer (Dr Rosen), Paul Bettany (Charles), Ed Harris (William Parcher), Adam Goldberg (Sol), Josh Lucas (Hansen) i inni.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *