Władca Pierścieni – Drużyna Pierścienia

Ten film jest już klasyką. Trzeba go obejrzeć. I nie ma tu znaczenia, czy jesteś przypadkowym konsumentem sztuki filmowej, czy może zaprzysiężonym fanem dzieł(a) J.R.R.Tolkiena. „Władca Pierścieni – Drużyna Pierścienia” to jazda obowiązkowa. Uwaga: poniższy tekst może zawierać spoilery.

Akcent osobisty: chyba po raz pierwszy z taką niecierpliwością oczekiwałem na ekranizację literatury. Przyczyn było kilka. Książka J.R.R.Tolkiena urzekła mnie. To solidny kawał dobrej literatury. Być może literacki Nobel to dla niej za wiele, ale jak ktoś szuka barwnej, dopracowanej w szczegółach literatury przygodowej na uczciwym podkładzie psychologicznym, to to jest to. Do tego – miałem w swojej biografii okres wzmożonej (może nadmiernej) konsumpcji literatury fantastycznej. Wśród niej wyjątkowe miejsce i znaczenie przypadło gatunkowi fantasy. Obecnie to już przeszłość, ale pozostawiła ona we mnie niezatarte wrażenie. Do tego doszedł niemal zupełny brak ekranizacji podstawowych pozycji tego gatunku. No i wreszcie – ekranizacja „Władcy Pierścieni” o której mówimy została wręcz wzorowo rozegrana marketingowo. Z jednej strony produkcja miała mocne podstawy finansowe. Pieniędzy nie zabrakło na nic: efekty specjalne, inscenizacje, lokalizacje itd. Z drugiej strony film przygotowano (nieomal) przy współudziale miłośników tej książki – dołożno starań, żeby konsultować z nimi wiele działań filmowych. Producentom i reżyserowi zależało na akceptacji przygotowywanego filmu w tym środowisku. Wiele zrobiono, żeby przed premierą (premierami) nie ujawnić zanadto z przygotowań i samej produkcji filmowej. Ba, w Australii postawiono przed sądem ochroniarza, który na czarnym rynku chciał sprzedać jakieś rekwizyty z „Władcy Pierścieni” przy którym był zatrudniony. Niemal do końca dochowano tajemnicy co do wyglądu większości plenerów. Prasę obiegło (na zasadzie kontrolowanwego przecieku) ledwo parę zdjęć – pokazano parę ujęć Shire i ze dwa trzy kadry samego filmu (np. atak Czarnych JeźdźcówNazguli na Hobbitów podczas ich podróży do Rivendell). Do końca nie było wiadomo, jak będą wyglądać lochy Morii, a Orków pokazano tylko w nielicznych migawkach dodanych do trailera filmu.

Wszystko to razem wystarczyło, żebym przy pierwszej nadarzającej się okazji pochłonął film – niezależnie od jakości obrazu i dźwięku

Dość trudno jest oceniać taką ekranizację. W zasadzie są dwie strategie. Ściśle ortodoksyjna – książkę należy oddać w filmie wiernie co do każdego szczegółu. Ale to jest wyjście jałowe i utopijne zarazem. Blisko półtora tysiąca stron druku (trzech tomów „Władcy”) przenieść się na ekran w ten spsób nie da. Trzeba zrobić skróty, ocenić wątki, wybrać je. Zachowując przy tym staranność i wierność duchowi literatury. Adaptacja filmowa to zawsze interpretacja, czyli zaledwie przybliżenie do postaci źródłowej.

Druga strategia – liberalna. Materiał literacki jest w niej ledwo inspiracją – scenariusz powstaje na podstawie książki i może z nią nie mieć wiele wspólnego. Ale ta droga chyba jest samobójcza. Zawartość książki pada zwykle ofiarą wyobrażeń reżysera o niej.Generalnie zatem. Stoimy przed trudnością: film jest oparty na pierwowzorze literackim, ale nie może (z natury) być jego wierną kopią, jednak jego ocena bezwzględnie będzie się odwoływać do źródła – książki Tolkiena. Innymi słowy – potrzebne jest umiarkowanie. Twórcy filmu muszą złożyć hołd przynajmniej niektórym naszym najabardziej powszechnym wyobrażeniom postaci, sytuacji, wątków książki o której mowa. Przykładowo: Gimli ma wyglądać jak krasnolud, Legolas czy Galadriela jak elfy, a smoki jak smoki (kwestię kapelusza Gandalfa z rozmysłem pozostawię na boku).

Zupełnie na boku można wtrącić, iż nie tylko chodzi o nasze wyobrażenia powstające podczas lektury książki, ale też o fakty (np. różnice wzrostu i postaci między ludźmi, elfami a hobbitami). Tu też musimy być w pewnym zakresie przygotowani, że film będzie odstępstwem. Ale to już inna sprawa.

Film zaczyna się wręcz porywająco – trafiamy na pole bitwy na zboczach Orodruiny. Widzimy działanie potęgi Jedynego pierścienia, który jest we władzy Saurona. Sceny batalistyczne są wręcz monumentalne – wgniatają swoim dynamizmem i potęgą. To jeden z lepszych wstępów w tego typu filmach – porównywalny z majestatem batalistycznego początku „Gladiatora” R.Scotta. Wspaniałe zagranie na emocjach. Po tym niezbędnym wprowadzeniu genezy całej historii pierścienia zaczyna się właściwa część opowieści – ekspozycja związku Gandalfa SzaregoBilbem BagginsemFrodem. Oglądamy sielskie pejzarze Shire i ludyczne przyjęcie urodzinowe Bilba podczas którego opuszcza swoich. Następuje rekonstrukcja zawiązania się intrygi – pierścień okazuje swoją moc: Bilbo z dużym trudem pozostawia Jedynego swojemu siostrzeńcowi, a asystujący mu Gandalf nawet nie ośmiela się dotknąć pierścienia. I tak dalej … można by rzec. Spodziewam się, że czytającym ten artykuł nie trzeba opowiadać tej historii.

Całość późniejszej podróży Froda, Sama Gamgee i jego przyjaciół do Rivendell odtworzona jest nadzwyczaj sprawnie – osią dramatyczną jest pościg za nimi Czarnych Jeźdźców, potyczka na Amon Sul i wydarzenia w gospodzie „Pod Rozbrykanym Kucykiem” w Bree. Nie ma rzeczy zbędnych – widz łatwo orientuje się co do kierunku rozwoju sytuacji. Zwieńczeniem jest przeprawa przez Bruiden i odparcie ataku Nazguli.

Druga część filmu opowiada o zawiązaniu się drużyny pierścienia i kończy w zasadzie na wydostaniu się z lochów Morii. Trzeci etap filmowego „Władca Pierścieni – Drużyna Pierścienia” to pobyt w krainie elfów pod władzą Galadrieli i podróż kończąca się za bramą Wielkich Królów rozwiązaniem Drużyny.

Każdy czytelnik trylogii Tolkiena widzi, że jest to podstawowy kościec „Władca Pierścieni”. Otóż sądzę, że film Petera Jacksona czyni zadość najlepszym stronom powieści Tolkiena. Po pierwsze, pokazuje dostatecznie klarownie źródła i charakter mitologicznego konfliktu między Sauronem, a siłami światła. To będzie magnes dla widzów nie znających prozy autora „Silmarilliona”. Podział na strony dobra i zła jest wyraźny. I chociaż film Jacksona pomija milczeniem olbrzymią ilość szczegółów przedstawionego świata – jego mitologię, wierzenia, genealogię, język itd. to jednak nie jest okaleczenie – zainteresowani widzowie mogą z łatwością sięgnąć do literatury Tolkiena, żeby poznać bliżej te jej aspekty. Tu oczywiście scenarzyści (Peter Jackson, Philippa Boyens, Frances Walsh) dokonali świadomego wyboru, odjęli z książki spory jej fragment, ale w mojej ocenie jest to bez straty dla całości przekazu. Po drugie zachowano oś konfliktu między Gandalfem z jednej strony, a Sauronem i Sarumanem z drugiej. Po trzecie wreszcie – i najważniesze – udało się dobrze pokazać podstawową wartość „Władcy Pierściena” – czyli opowieść o dojrzewaniu. Bowiem trylogia Tolkiena moim zdaniem jest nie tyle sagą o dziejach elfów, hobbitów, ludzi, czy krasnoludów, ale nade wszystko to historia doświadczania siebie samego i godzenia się na własny los, przeznaczenie, a tym samym podejmowania trudnych decyzji. Jest to opowieścć o dojrzewaniu do poświęcenia. To właśnie decyduje o wartości takich postaci jak (przede wszystkim) Frodo Baggins, (i następnie) Aragorn, Boromir i w końcu Gandalf, czy Arwena. Zadanie pokazania tych właściwości powieści udała się w filmie Jacksona nadspodziewanie dobrze. Dzięki temu jak sądzę „Drużyna Pierścienia” jest klasykiem. Po czwarte: zadaniu o którym mowa, sprostali aktorzy (Elijah Wood – Frodo Baggins, Sean Astin – Samwise (Sam) Gamgee, Billy Boyd – Peregrin Tuk (Pippin), Dominic Monaghan – Meriadok Brandybuck (Merry), Ian McKellen – Gandalf, Ian Holm – Bilbo Baggins, Viggo Mortensen – Obieżyświat/Aragorn, Orlando Bloom – Legolas, Liv Tyler – Arwena, Cate Blanchett – Galadriela, Sean Bean – Boromir, Christopher Lee – Saruman, John Rhys-Davies – Gimli; aby poprzestać na głównych). Spotałem się z opinią, iż udało się głównie dlatego, że to w zasadzie drugi garnitur Hollywood. To dość prawdopodobne. Jednak ja zwróciłem uwagę na fakt, iż realizatorom świetnie wyszło połącznie wielkiego widowiska – jakim jest ten film – z warstwą aktorską. Pomimo monumentalności spektaklu, zachowano parę miejsc na udane role aktorskie właśnie. W szczególności myślę tu o roli Boromira. Sean Bean sprawił się należycie – ta rola jest wyróżniająca się ponad inne. W zasadzie mogę zwyczajnie napisać, że to postać z krwi i kości: przeżywa wahania, rozterki, ale umie się też podnieść i pokazać swą wielkość (scena walki i śmierci przy Argonath). Bean udanie oddał wewnętrzne meandry, którymi podążał w Drużynie Pierścienia (porównaj: artykuł news). To wyróżniająca się pozycja w pierwszej filmowej części „Władcy …”. Chyba jedyna inna postać, której pozwolono rozwinąć aktorskie skrzydła to chyba tylko Viggo Mortensen (Obieżyświat/Aragorn). I to wszystko.Dygresja. Przy ocenie „Władcy Pierścieni – Drużyna Pierścienia” starannie omijam strategię typu: „film mi się nie podoba, bo zupełnie inaczej wyobrażałem sobie (np.) Gandalfa”. To kompletna pomyłka. Nasze wyobrażenia powstające podczas zindywidualizowanej lektury książki – cały przedmiot intencjonalny – są nieprzekładalne na język filmowego przekazu. Oglądanie filmu i lektura książki to odrębne fenomeny. W tym właśnie duchu rozumiem wypowiedź syna J.R.R.Tolkiena – Christophera o filmie Jacksona.

Gdyby rzeczywiście doszukiwać się „dziury w całym”, to wskazałbym na dwie rzeczy.Sceny walki. Głównie mam na myśli pojedynek w lochach Morii (komnata z kroniką kopalni) – owszem scena ma wzorową dynamikę, ale chyba chwilami brak jej przejrzystości. Postacie Orków w zasadzie są rozmytymi plamami i/lub latającym podartym odzieniem. Jakoś zaczyna mi to zbyt kontrastować z mrocznym i potężnym początkiem oraz pięknym batalistycznie końcem (pojedynek z bandą bojowych Orków w lesie – Uruk-hai). Druga rzecz – montaż przy końcu filmu. Odnoszę wrażenie, iż stał się on dość pośpieszy – być może producenci nagle doszli do wniosku, że film się zanadto wydłuża i trzeba go trochę „przyśpieszyć”. Takie wrażenie miałem od scen wizyty u Galadrieli przez podróż z nurtem Anduiny. W zasadzie cały pobyt u królowej elfów w filmie stał się przez to jakimś epizodem.

Jednak obydwie uwagi mają raczej poboczny charakter i nie zmieniają mojej w ogólności bardzo wysokiej oceny „Drużyny Pierścienia”. To film, który będzie klasyką gatunku. Będzie akceptowalny zarówno dla miłośników Tolkiena, jak i dla innych. Kończąc – zapraszam do kina. Tylko w kinie dzieło Jacksona pokaże wszystkie swoje walory.

Share on Facebook

Dodaj swoją opinię

Copyright © camera-obscura
autorskie recenzje filmowe | Krzysztof Kudłacik

Zbudowany w oparciu o Notes Blog Core
Powered by WordPress