No tak, wszystko przez te stygmaty

Co do „Stygmata” w reżyserii Ruperta Wainwrighta mam dośc nieokreślone odczucia. Ocena tego filmu zależy – tak mi się wydaje – od jego zakwalifikowania pod względem gatunku. Inaczej ona wypadnie, gdy uznamy „Stygmata” za film o religii – religijności. Inaczej, kiedy włożymy go do szufladki z „satanistycznymi” horrorami.

Po pierwsze, Wainwright zrobił film z dobrym tempem, efektowanie sfilmowany, sugestywny dla współczesnego widza. Sugestywność „Stygmata” opiera się z jednej strony na zdjęciach, z drugiej na ich harmonii z muzyką (autorstwa BjĂśrk) – nowoczesne, rockowo – taneczne brzmienia ślicznie wkomponowują się w obraz. W obydwu przypadkach – muzyki i zdjęć – mamy do czynienia z integralnymi dla filmu warstwami semantycznymi. Zdjęcia wraz z muzyką przekazują pewne treści odnoszące się do bohaterów „Stygmata” lub konkretnej sytuacji. Wbrew pozorom jest nieczęsta i wartościowa cecha. W filmie Wainwrighta ma to dość jasny cel – pokazuje kontrast postaci księdza Andrew Kiernana (w tej roli Gabriel Byrne) wobec drugiej głównej bohaterki – Frankie Paige (Patricia Arquette) oraz opisują samą główną bohaterkę: fryzjerkę Frankie.

Po drugie, perspektywa religijna. Na pierwszy rzut oka „Stygmata” to film o szczególnym rodzaju głębokiej religijności – ocierającej się o patologię: o stygmatykach. Obok Frankie, główną postacią filmu jest katlocki ksiądz Andrew Kiernan. Film w części rozgrywa się z kościołach. Całość treści obraca się wokół historii Kościoła (tu: katolickiego). Pojawiają się figury o naturze religijnej – ewangelie, apokryfy, duchy, demony itd. Generalnie jednak nie jest to film ani – w pierwszym rzędzie – o religii katolickiej, ani o fenomenie religijności. Dlaczego tak uważam?

Rozróżnijmy religię i religijność. Ta pierwsza w „Stygmata” to instytucjonalny Kościół katolicki: z tradycją, hierarchią, rytuałami i sakramentami. Ten aspekt sprawy akurat wydaje mi się dość przywoicie przekazany. Widać kapitalnie zobrazowany kult świętych (sceny z Brazylii) z wystarczającymi ilustracjami z tradycji Kościoła (tu głównie myślę o stygmatykach właśnie). Ładnie i gustownie pokazane (w szczególności w pierwszych scenach filmu). To jednak warstwa wierzchnia opowieści. Obok tego wolno się doszukiwać czegoś na kształt dotknięcia zjawiska religijności. Ale moim zdaniem to tylko próba – próba nieudana.

Przemawiają za tym przynajmniej trzy spostrzeżenia. Pierwsze. W zasadzie „Stygmata” nie odpowida na pytania o specyficzne motywacje watykańskiego badacza cudów – ojca Kiernana. Nie wiadomo, dlaczego pomaga przypadkiem spotkanej stygmatyczce? Nie pierwszy to i ni eostatni przypadek z jakim miał do czynienia. Dlaczego szczególnie interesuje się przypadkiem z jakiejś zapomnianej miejscowości z Brazylii? Płaczących krwią posągów jest wiele. Bo czuje pociąg do Frankie? Nie ma tu zadowalajacej odpowiedzi. Drugie. Warstwa sensacyjna w łonie kościelnej Komisji ds. Ewangelii i kardynała Daniela Housemana. To aż tak żałosne, że nie warto wspominać. To wątek jak z filmów klasy C. Jakby ktoś przenosił na ekran antryklerykalne treści z „Nie” J.Urbana. Trzecie. Kwestie doktrynalne – chyba najbardziej mylące dla przeciętnego widza. Nie wystaczy powiedzieć „Jezus i Królestwo Boże jest w Tobie – nie w kamiennych budowlach”, żeby uznać jakieś treści za heretyckie! A na tym właśnie budowana jest konstrukcja konfliktu między – rzekomo prawowiernym kardynałem, a jego współpracownikami (w części chodzi o Tiernana, a głównie o trzech tłumaczy apokryfów z domniemaną jedyną i prawdziwą ewangelią autorstwa samego Jezusa). Ba – prosta „teologia” głosu serca, królestwa bożego w wierzącym to pewne proste konstatacje z których nijak nie wynika żadna herezja. Aby zamienić to w herezję trzeba sporej warstwy interpretacyjnej – a tego oczywiście nie ma w filmie Wainwrighta i być nie może. Podobnie jak w „Imieniu Róży” nie ma rzeczywistej siły, którą znajduje się w pierwowzorze literackim Umberto Eco. Albo jeszcze inaczej: między kardyanłem Housemanem, a ojcem Kiernanem nie ma sporu o żaden „(K)ościół”, czy rzekomo prawdziwą naukę Jezusa uatjoną w apokryfach. Cała ta konstrukcja jest tu sztuczna i bałamutna. W zasadzie Kiernan po uratowaniu Frankie od śmierci z rąk kardynała nie jest na żadnej drodze do herezji.

Zatem: nie dajmy się zwieść iluzji, że „Stygmata” opowiadają o religijności lub jej utracie (tu: popadnięciu w herezję). Nic bardziej mylnego. W tym sensie Wainwright nie zrobił filmu „antyreligijnego/antykościelnego”.

Ba, można pokusić się o jeszcze inną perspektywę – otóż można uznać, iż film opowiada o tym, jak ojciec Kiernan lepiej rozumie własną wiarę i misję duszpasterską. Przecież w jakimś sensie wypadki ze stygamtyczką Frankie są wyzwaniem dla jego wiary. Jednak zauważmy, że i tak interpretacja jest dość grubymi nićmi szyta. Byłaba całkiem sensowna dopiero, gdyby uznać, że Kiernan przeżywa jakiś kryzys wiary w Boga, czy posłuszeństwa Kościołowi. A tak nie jest.

Podsumowując ten wątek: „Stygmata” niosą za mało treści, aby zaklasyfikować je do kina „religijnego” (cokolwiek to znaczy) lub – ekwiwalentnie – antyreligijnego. A jeśli już ktoś się uprze, żeby tak patrzeć na omawiany film, to musi uznać, to w tym gatunku dość marna pozycja.

Po trzecie, perspektywa diabolicznego horroru. I tu mamy już o wiele lepszą sytuację. W mojej ocenie „Stygmata” są o wiele bliższe duchowi „Egzorcysty”. Oba opierają się na tym samym realistycznym podejściu – udają jakąś rekonstrukcję zdarzeń i ludzi. Oba są dość umiarkowane w dozowaniu klasycznych elementów tego gatunku – poniekąd dość niechętnie pokazują czynne działania duchów (np. diabła). Raczej sugerują realność takiej siły. A sugestia ta w obydwu filmach jest pokazana wręcz nieodparcie. Owszem – „Stygmata” nie trafią może na piedestał należny klasykom gatunku, ale będą w nim na silnej pozycji. Łączy je również – obok głównej postaci (księdza katolickiego) – podobna eskalacyjna natura eksponowania wydarzeń: od dość prozaicznych i niewinnych, aż do jakiegoś efektowanego finału.

„Stygmata” pozostawiają sobie pewien margines dwuznaczności – o ile „Egzorcysta” zmierza śmiało do ujawnienia szatan, to dzieło Wainwrighta nichętnie pokazuje aksjologiczną naturę siły duchowej z jaką zmagają się Frankie i ojciec Kiernan. Być może jest to duch otoczonego nimbem świętości badacza apokryfów o.Almeidy. Być może jest to nawet ujawnienie się samego Chrystusa? A być może jest to agresja szatana usiłującego rozbić jedność Kościoła i odebrać wiarę Kiernanowi. Niezależnie, co to jest – na pewno jest to siła niszcząca Frankie Paige. Co więcej, chyba właśnie chęć uratowania stygmatyczki od cierpienia kieruje działaniami Kiernana. Ta wieloznaczność jest tu w mojej ocenie silną stroną tego horroru.

Resumując: „Stygmata” to solidny, współczesny horror. Owszem, motywuje się – ale inaczej chyba nie może – tradycją Kościoła katolickiego, ale wbrew pozorom nie jest wymierzony w uczucia religijne lub naukę Kościoła. Po prostu nie jest w stanie opowiedzieć, tego, co ma opowiedzieć bez odniesień religijnych. Osobiście ubolewam nad czym innym. Otóż wydaje mi się, iż Wainwright nie wykorzystał wszystkich aktorskich umiejętności G.Byrne”a – wspaniale wpasowanego w rolę Andrew Kiernana.

Share on Facebook

Dodaj swoją opinię

Copyright © camera-obscura
autorskie recenzje filmowe | Krzysztof Kudłacik

Zbudowany w oparciu o Notes Blog Core
Powered by WordPress