Złodziej poszukuje gniazda

Po obejrzeniu „U Pana Boga za piecem” (1998) nie wpadłem w szczególny religious tremens (lub coś równoważnego), ale film obejrzałem z pewną przyjemnością. Teraz – kiedy już znam „To ja, złodziej” (2000) wiem napewno, co było źródłem mojego ukontentowania przy „U Pana Boga za piecem”. Otóż Bromski ma genialne wyczucie polskiej rzeczywistości. A to już pewna rzadkość.

„To ja, złodziej” jest opowieścią potoczną o tym, jak Jajo (Jojo?) (wyśmienicie gra go Janek Urbański) poszukuje swojego miejsca w polskiej rzeczywistości. Rzeczywistości, której dobry opis daje rosyjski mafiozo – Stawrogin – zwracając się do Maxa (to już polski mafiozo; Maciej Kozłowski): „Nie ma gniazda w które się nie sra. Jak nie srasz ty, to robi to kto inny”. Jajo właśnie poszukuje własnego „gniazda”. Dom rodzinny to melina pijacka (zwracam uwagę na rolę ojca – Krzysztof Stroiński). Perspektywę „ścieżki awansu zawodowego” wyznaczają Piotrkowi: warsztat mechanika samochodowego i wejście stamtąd do gangu złodzieji samochodów. Cały film skupia się na tym właśnie procesie. W rzeczywistości jest to droga do dojrzałości. Jako taka jest gorzka i niekoniecznie „ekwiwalentna”: ogołaca psychikę i nie zawsze jest to równoważone trwałym doświadczeniem życiowym (choćby). Wymiany, jakich dokonuje Piotr są często wymuszone – za przypadkowy i niezadowalający seks (tu: z matką jedynej, najlepszego przyjaciela – Pyzy) trzeba oddać święcony krzyżyk. To ma wymiar symbolu.

Cały film jest zresztą – poza Pyzą i Jajem – pełen postaci „symbolicznych”, postaci typów. Polskich i pełnych codzienności aż do bólu. Złodziej samochodów Gomez (K.Globisz) – esteta i smakosz. Max, szef gangu – marzący o zrobieniu naprawdę uczciwego interesu: ale nie w Polsce, bo tu się nie da, trzeba eksportować kapitał na Ukrainę (i opłacać tamtejszą mafię). Matka Jaja, która chce tylko pieniędzy od syna gdy ten oznajmia jej, iż opuszcza dom rodzinny. Wypych (zwarcam uwagę na nazwisko) (wręcz wyśmienity w swej drobnej i charakterystycznej roli J.Gajos) – właściciel warsztatu samochodowego, były czempion bokserski – jego głównym sukcesem było prestiżowe zwycięstwo na radzieckim bokserem: Wypych znokautował go, bo jemu samemu opadły szorty, co wzbudziło radość i osłupienie widzów i przeciwnika. Policjant, który jest na usługach mafii itd.. Sama scena zabójstwa – Wypych morduje Gomeza i Cygana (J.Frycz) – jest iście karkołomna. Chojrak Wypych zabija tamtych bez przekonania i kompletnie „amatorsko”. Sprawia mu to nieomal przykrość. W istocie nie jest to nawet zemsta za poniżenie, jakiego doznałe wcześniej od obydwu bandziorów. Robi to, bo poniekąd daje lekcję uczciwego życia dla Piotrka. Do tego cała kolekcja świetnych obrazków rodzajowych (babcia Jaja i jej sąsiadka, flirtująca para w supersamie itd.) w wykonaniu znakomitych aktorów (Romantowska, Dykiel, Olbrychski, Feldman).

Piszę, że Bromski zapełnia swój świat postaciami typami, symbolami, ale – podkreślam – jego przekaz operuje środkami niemal skrajnie realistycznymi. Reżyser filmu o którym mowa, pokazuje to, co widzimy niemal codziennie – bez upiększeń i korowania. Ale spod tej maski codzienności wychyla się świat rzeczywistych dylemetów duchowych naszej współczesnej Polski.

Droga Piotrka do dojrzałości jest więc w „To ja, złodziej” celem samym w sobie – próbą charakteru, która albo zamieni bohatera w szmatę, albo uczyni z niego człowieka. Piotr obserwuje, ale też jest czynnym współsprawcą wielu sytuacji – także tych demoralizujących. W końcu jest złodziejem i chce być w tym jeszcze lepszy. Ale w toku tego wszystkiego staje się świadom prostej prawdy: posiadanie czegoś jest tylko środkiem do innych celów. Nagle zdaje sobie sprawę, że ukradł samochód kompozytorowi Sewerynowi nie po to, aby oddać go Maxowi i wejść w ten sposób do gangu. Ukradł go, żeby spełnić „ostatnią wolę” swojej himerycznej babki. To w końcu „dobry uczynek”.

Dość skromny jest morał tej opowieści Bromskiego. Ale tak właśnie ma być – to nie jest jakiś moralitet bezpośrednio zmierzający do objawienia największych prawd. W mojej ocenie to rzeczywista siła „To ja, złodziej”. Sprowadza się ona do opowiadania o małych prawdach – że liczy się przyjaźń i lojalność, że są rzeczy ważniejsze niż doraźna konsumpcja, że warto posiadać miejsce do którego wraca się jako do swojego własnego.

I jeszcze dwie uwagi. Nie bardzo mam jasność dlaczego „To ja, złodziej” ma etykietę „komedii”. Owszem. Bromski prowadzi swoją narracje lekko, z dystansem i często z przymróżeniem oka. Ale ten film nie daje wiele do śmiechu. I po drugie – zakończenie filmu. To prawdziwa perełka – nie będę tu więcej komentował, bo może to zepsuć przyjemnośc z oglądania. Powiem jedno: nie dajmy się zwieść temu zgrabnemu zakończeniu.

Share on Facebook

Dodaj swoją opinię

Copyright © camera-obscura
autorskie recenzje filmowe | Krzysztof Kudłacik

Zbudowany w oparciu o Notes Blog Core
Powered by WordPress