7 lat i co z tego?

Niewielu jest reżyserów zdolnych do robienia dobrych filmów o Tajemnicy. Takie dzieła są zwykle dziełami mistrzów. Tajemnicę wspaniale opisują Werner Herzog, Peter Weir, Akira Kurosawa, czy Jean J. Annoud. „Siedem lat w Tybecie” Annoud, choć też zamierza opowiedzieć o Tajemnicy, pozostawia uczucie niedosytu..

Uczucie niedosytu w przypadku „7 lat w Tybecie” może być zaskoczeniem. Film twórcy „Walki o ogień” spełnia podstawowe warunki dzieła udanego: dobry materiał na fabułę (pamiętniki Heinricha Harrera), supergwiazda Hollywood w roli głównej (Brad Pitt) oraz – przede wszystkim – wielki reżyser. To wszystko bardzo podniosło poprzeczkę wymagań. Szczególnie mam tu na myśli reżysera. Otóż zalicza się go do tego szczególnego i nielicznego grona reżyserów, którzy przynieśli do Hollywood europejską wrażliwość i mistrzostwo. Właśnie to wraz z warsztatem fabryki snów dobrze rokowało. Ale coś nie zagrało. Spróbujmy wyśledzić co?

„7 lat w Tybecie” to opowieść złożona i bogata w splot wątków. Po pierwsze jest to studium rozwoju i przemian osobowości głównej postaci – austriackiego himalaisty Heinricha Harrera. Po drugie, to skrótowa wersja historii ostatnich lat niepodległego bytu państwowości Tybetu oraz podboju tegoż przez komunistyczne Chiny. Po trzecie wreszcie, „7 lat” jest obrazem zderzenia i syntezy kultur (mówiąc skrótowo i w uproszczeniu) Wschodu i Zachodu. W każdym z tych wyróżnionych pokładów znaczeniowych możnaby dopatrywać się śladów Tajemnicy. Ale wydaje mi się, że owe ślady są nader szczątkowe – wbrew intencjom Annoud.

Osią wokół której zorganizowane jest napięcie dramaturgiczne filmu Annoud jest postać Harrera. Pewny siebie aż do arogancji, innych traktuje z wyższością jako instrumenty do osiągania tylko jemu bliskich celów. Jego osobowość jest egocentryczna w tym sensie, że akceptuje tylko to, co daje się w pewnym podstawowym znaczeniu – posiąść, zdobyć. Zdobyć tak jak alpinista zdobywa górę. Zatem jedyny punkt, który łączy go z innymi to relacja pan-sługa (władca-niewolnik). Harrer może być tylko władcą. Dopiero gdy jest władcą, może zaakceptować innych, ale już uwięzionych we wspomnianej relacji zależności względem niego. Taka relacja z innymi jest szczególna z racji realizowanej pasji życiowej – himalaizmu. Owszem, himalaista z natury zdobywa górę, ale może tego dokonać wyłącznie dzięki równorzędnej kooperacji z innymi. Symbolicznego znaczenia nabiera tu lina łącząca wspinaczy. Szczególnie lina między Harrerem a Peterem Aufschnaiterem (Daniel Thewlis – znany polskiej publiczności m.in. z filmu Agnieszki Holland „Zaćmienie”). Harrer wspina się i asekuruje swego partnera mimo dotkliwej rany nogi odniesionej przy upadku. Nie przyznaje się do tego, choć naraża w ten sposób życie Aufschnaitera. Wie, iż nie powinien tego robić, lecz jego partner to tylko środek do zdobycia Nanga Parbat. Ale postać Harrera ma jeszcze inna cechę – jest zamknięta. Austriak nie zamierza poznawać innych ludzi i ich kultury – chce ich zdobywać jak szczyty górskie. Dość niedoskonale można to nazwać przeświadczeniem o własnej nieomylności.

Być może tak opisana figura dramaturgiczna ucieleśniona przez Harrera, ma być egzemplifikacją całej kultury Zachodu? Jeden z recenzentów tego filmu poszedł tym tropem i zastosował w analizie „7 lat w Tybecie” klucz konfrontacji międzykulturowej. Powoływał się przy tym na mglistą metodę Hegla: teza-antyteza-synteza. Film Annoud miał być w oczach tego recenzenta – dziełem historiozoficznym o rozwoju kultur wg przywołanej heglowskiej triady. W mojej ocenie ten trop jest ślepa uliczką. Zbyt ogólny, niejasny i pozbawiony poważniejszych podstaw – nie poszerza naszej wiedzy. Dlaczego miałby opisywać historyczne losy Tybetu? Ja wolę pozostać na bardziej przyziemnym poziomie i stwierdzić, że „7 lat” to dzieło, które na tle burzliwych wydarzeń tragicznej historii Tybetu opowiada o losach kilku ludzi (Harrera, Dalaj Lamy, Aufschnaitera, czy dyplomaty i arystokraty tybetańskiego Tsaronga). Jak wiadomo, to dość stary i klasyczny już motyw filmowy. Moim zdaniem nie idzie tu o konfrontację jakichkolwiek kultur. Tym bardziej ani Zachodu, ani Wschodu. Dlaczego? Bo nie bardzo wiadomo, kto lub co miałby być nosicielem głównych wartości wymienionych kultur. Owszem, mamy Harrera. Lecz obok niego jest Aufschnaiter – jakże inny od swego młodego towarzysza! Dlaczego tylko tego pierwszego uważać za reprezentanta Zachodu? Przecież obaj pochodzą z serca Europy, a jakże odmienne postawy prezentują! A kto ma w takim razie być wzorcowym egzemplarzem kultury Wschodu? Dalaj Lama marzący o Europie? Hinduscy żołnierze walczący po stronie Brytyjczyków? Bo na pewno nie idzie tu o komunistów chińskich – jądro ideologii komunistycznej ma swe korzenie w Azji. Zbierając: „7 lat” nie jest dziełem historiozoficznym o starciu i dyfuzji kultur. Zamiast tego otrzymaliśmy dzieło o dojrzewaniu ludzi.

Tu jednak zaczynają się pewne problemy. W filmie Annoud mamy subtelną interakcję między małoletnim Dalaj Lamą a Harrerem. Podstawowa różnica między nimi sprowadza się do stopnia otwartości osób. Jak wyżej wskazałem, to austriacki alpinista jest zamknięty. W tym kontekście jego przeciwieństwem jest zwierzchnik kościoła buddyjskiego i teokratyczny władca państwa – młodociany Dalajlama XIV. Z jednej strony otwarty na bogactwo życia, wciąż głodny wiedzy o świecie (jego edukacja o Europie, przyglądnie się przez lunetę swoim poddanym), a z drugiej skrupulatnie posłuszny swemu religijnemu dziedzictwu. Z tego niezwykłego złożenia wyłania się postać mieszkańca pałacu Potala -jakże udanie odsłoniętego w filmie Annoud. Celowo piszę „odsłoniętego” – zwróćmy uwagę na ekspozycję jego roli w konstrukcji filmu. Polega ona właśnie na stopniowym pokazywaniu nie tylko jego osoby, ale przede wszystkim myślenia, celów i dążeń. Od dziecięcych i naiwnych fascynacji (samochód, kino), po w pełni dojrzałe oceny (rozmowa z Harrerem po inwazji Chińczyków, czy pełne prostoty pożegnanie z Austriakiem). Tylko dzięki temu widz „7 lat” nie opuszcza kina z przekonaniem, że oto poznał folklorystyczny obrazek z ginącego świata Tybetu. Jest przeciwnie: wynosimy przeświadczenie, iż Tybetańczycy – choć militarnie pokonani – mają w Dalaj Lamie źródło siły do duchowego przetrwania.

W czym jednak dostrzegam tu problemy? W pierwszoplanowej postaci austriackiego himalaisty. Choć utrzymuję, że film Annnoud jest o dojrzewaniu ludzi i ich przemianach, to muszę jednocześnie wskazać braki w postaci samego Harrera. Innymi słowy: reżyser usiłuje pokazać dojrzewanie Harrera, lecz moim zdaniem bez zadowalającego skutku. Zgoda, że sceny finałowe skłaniają do poglądu jakoby Austriak przeszedł życiową smugę cienia i wrócił odmieniony z Tybetu. Cały przecież film stanowi ilustrację jego żądzy posiadania i instrumentalizacji innych ludzi. Nieodmiennie wiązało się to z napotykanym oporem: własnej żony, niemej wzniosłości gór, Aufschnaitera, zamknięcia w obozie jenieckim, obcej kultury i ludzi. Jednak jedno dążenie pozostawało niezaspokojone – własny syn. On jeden nie tyle stawił opór, co wprost odmówił Harrerowi jakiejkolwiek władzy nad sobą. Odmówił nazywania go swoim ojcem. Był to bodaj jedyny moment, który widocznie poruszył głównego bohatera w najczulszym punkcie. W moich oczach nie był to jednak jakiś przełomowy punkt w dojrzewaniu Harrera. Nie widać, aby potem jakoś zaprzestał dążeń do ekspansji wobec innych. Moim zdaniem Annoud wypuścił z ręki kluczowy atut swojego geniusza – Tajemnicę. W konkretnym przypadku o którym mówimy – nie znajduję miejsca w którym Harrer dojrzewa. Nie ma tu potrzebnej kulminacji – pewnego ośrodka napięcia. Postać Harrera traci zdecydowanie na głębi. Zamiast dojrzewania w pewnym istotnym sensie, otrzymaliśmy zaledwie dłuższą wycieczkę krajoznawczą. Nasz bohater wychodzi z niej co najwyżej trochę wyciszony wewnętrznie. Brakło tu Tajemnicy. Owszem, można argumentować, iż nie mamy tu do czynienia z gwałtownym punktowym przełomem, lecz rozłożonym w czasie stopniowym procesem. Ale to nie jest wyjaśnienie. Nie daje się ono utrzymać w świetle samego filmu. Spójrzmy na samo zakończenie: pośpieszne, skrótowe i niedopowiedziane. Ledwo cieniem Tajemnicy staje się prezent od Dalaj Lamy – szkatułka z pozytywką i jej mgliście sugerowany związek z jakimś (także ledwo naszkicowanym) pojednaniem Harrera z synem. Jeszcze bardziej błahość postaci austriackiego himalaisty wychodzi na jaw, gdy zestawimy go z tybetańskim dyplomatą Tsarongiem. Śmiem twierdzić, że Tsarong (obok Dalaj Lamy) to jedyna postać warta poważniejszego skupienia. Można go nazwać modernistą, bo świadom jest nieuchronności otwarcia Tybetu na zewnątrz. Wie, że dotychczasowa izolacja nie może być zwykłym izolacjonizmem, bo grozi to katastrofą. Tsarong nie chce współpracy z Chinami dla osobistej kariery lub zysku materialnego. Kieruje się w gruncie rzeczy dobrem ojczyzny. Swoi jednak odrzucają jego rady i namowy. Wróci do łask, gdy będzie już za późno na ratowanie niepodległości kraju. Wtedy jednak na Tsarongu zaciąży piętno kolaboranta i nieomal zdrajcy. Harrer rzuci mu to w twarz niepomny, że sam jest członkiem parti nazistowskiej i Austriakiem popierającym anschluss. Swoją nową sytuację tybetański polityk przyjmuje jako upokorzenie i klęskę. Motywacja dobrem ojczyzny obraca się przeciw niemu. Pozostaje mu niewdzięczna rola obrońcy tego, co obronić się w gruncie rzeczy nie da. W praktyce równa się to balansowaniu na cienkiej granicy. To zaiste postać tragiczna – reakcja Harrera wobec Tsaronga jest niesprawiedliwa i gruboskórna. Przyznam, że rola Tsaronga granego przez Mako przypadła mi do gustu – to było dobre rzemiosło. Gdy zestawić ją z rolą Dalaj Lamy (Jamyang), która nie wymagała poważniejszych podstaw aktorskich, dostrzegamy zręczność reżysera, który umiejętnie poprowadził obydwu aktorów.

Reasumując. Z pewnym niepokojem oczekuję następnego filmu J.J.Annoud. Dlaczego? Bo chcę zobaczyć znów mistrza w akcji. Mistrza prostoty z „Niedźwiadka”. Mistrza psychologii z „Kochanka”. Mistrza intrygi i stylu z „Imienia róży”. Bo chcę się przekonać, iż Annoud umie bez reszty kontrolować materiał na którym operuje. „7 lat w Tybecie” właśnie tego nie było w stanie zrobić.

wrzesień 1999r.

Share on Facebook

Dodaj swoją opinię

Copyright © camera-obscura
autorskie recenzje filmowe | Krzysztof Kudłacik

Zbudowany w oparciu o Notes Blog Core
Powered by WordPress