Element zbrodni (przeciwko kinematografii)

Twórczość Larsa von Triera zaczęłam śledzić od końca, czyli od „Trylogii samotności”. Najpierw „Przełamując fale”, potem „Idioci”, a na końcu „Tańcząc w ciemnościach”. I zakochałam się: w jego historiach, sposobie opowiadania, prowadzenia kamery, ustawiania aktorów. Postanowiłam więc zobaczyć jego wcześniejsze filmy i zaczęłam się cofać. Najpierw „Królestwo”, potem „Europa”, aż wreszcie dotarłam do „Elementu zbrodni”.

Twórczość Larsa von Triera zaczęłam śledzić od końca, czyli od „Trylogii samotności”. Najpierw „Przełamując fale”, potem „Idioci”, a na końcu „Tańcząc w ciemnościach”. I zakochałam się: w jego historiach, sposobie opowiadania, prowadzenia kamery, ustawiania aktorów. Postanowiłam więc zobaczyć jego wcześniejsze filmy i zaczęłam się cofać. Najpierw „Królestwo”, potem „Europa”, aż wreszcie dotarłam do „Elementu zbrodni”. I załamałam się. To nie był mój von Trier. To był ktoś inny, obcy, zagubiony w potoku własnych wizji, nieudolny. Wizjoner bez ambicji opowiadania historii. Malarz abstrakcjonista, u którego za plątaniną krzywych nic się nie kryje.

Choć fabuła „Elementu” jest intrygująca (podczas seansu hipnotycznego detektyw Fischer opowiada o pracy nad rozwiązaniem zagadki okrutnych morderstw popełnianych na dziewczynkach sprzedających losy na loterię), zupełnie ginie w potoku obrazów, symboli, metafor i przenośni, którymi reżyser wyjątkowo szczelnie wypełnia sto trzy minuty filmu. Obraz całkowicie zamazuje fabułę, forma przerasta treść, a symbolika jest zupełnie nieczytelna. Von Trier najwyraźniej zapomniał, że nie wystarczy, by on sam rozumiał swój film, że po drugiej stronie ekranu znajduje się widz, który też chciałby zrozumieć, odczytać, przeżyć. Jednak zostało mu to skutecznie uniemożliwione. Mały chłopiec bawiący się samochodem, koń w wodzie, dźwig unoszący konia, skośnookie prostytutki – to wszystko nie wnosi nic do istoty filmu. Żeby chociaż wariacje te tworzyły atmosferę, budowały napięcie, ale skądże! Po kilkunastu minutach wywołują w widzu uczucie potwornego zmęczenia i zniechęcenia tak wielkiego, że odechciewa mu się nawet czekania na rozwiązanie zagadki loteryjnych morderstw.

Do niezrozumiałej symboliki należy dołożyć zdjęcia wykonane na taśmie czarno-białej wirażowanej na sepię, nie pozwalające odróżnić dnia od nocy, jednego bohatera od drugiego i nie dające wzrokowi widza ani chwili wytchnienia. Zdjęcia męczące do granic wytrzymałości i nie spełniające podstawowej zasady kina – nie oferujące widzowi niezbędnego minimum wizualnej przyjemności. Obraz męczy brakiem przejrzystości i myśli przewodniej, powodując u widza coś w rodzaju chwilowej schizofrenii. W przypadku „Elementu zbrodni wyjście z kina po zakończeniu seansu (a może lepiej przed jego zakończeniem?), stanowi ratunek przed zmęczeniem wzroku, umysłu, a nawet ciała, któremu nic nie rekompensuje siedzenia w kinowym fotelu.

Nie dziwię się, że kiedy von Trier pokazał swój film Tarkowskiemu, ten powiedział: „To najgorsze gówno, jakie kiedykolwiek oglądałem”. Choć nie jestem wielbicielką twórczości Tarkowskiego, tym razem zgadzam się z nim w stu procentach.

„Element zbrodni” (Frobrydelsens element), Dania, 1984. Reż.: Lars von Trier. Scen.: Lars von Trier, Niels Vorsel. Zdj.: Tom Elling. Muz.: Bo Holten. Występują: Michael Elphick, Esmond Knight, Jerold Wells, MeMe Lai

luty 2001r.

Share on Facebook

Dodaj swoją opinię

Copyright © camera-obscura
autorskie recenzje filmowe | Krzysztof Kudłacik

Zbudowany w oparciu o Notes Blog Core
Powered by WordPress