Gladiator, czyli pieśń na koniec wieku

Mogłoby się wydawać, że koniec lat dziewięćdziesiątych to nie czas na pieśni bohaterskie. Nie czas na wielkich zwycięzców, prawych mężów, siłę i honor. A jednak Ridley Scott stwierdził, że to czas wręcz doskonały na przywołanie dawnych ideałów, wartości i postaw. Że to właśnie pod koniec lat dziewięćdziesiątych, kiedy zbliża się fin de siecle, a kryzys wartości triumfuje nad współczesnym człowiekiem, należy przypomnieć dawnych bohaterów, ich ideały, marzenia i walkę o dobro.

„Gladiator”, czyli pieśń na koniec wieku

Mogłoby się wydawać, że koniec lat dziewięćdziesiątych to nie czas na pieśni bohaterskie. Nie czas na wielkich zwycięzców, prawych mężów, siłę i honor. A jednak Ridley Scott stwierdził, że to czas wręcz doskonały na przywołanie dawnych ideałów, wartości i postaw. Że to właśnie pod koniec lat dziewięćdziesiątych, kiedy zbliża się fin de siecle, a kryzys wartości triumfuje nad współczesnym człowiekiem, należy przypomnieć dawnych bohaterów, ich ideały, marzenia i walkę o dobro. Pomimo, że pracę nad „Gladiatorem” Scott rozpoczął już w 1998 r., film wszedł na ekrany dopiero dwa lata później. I chyba dobrze się stało, ponieważ opowieść o generale Maximusie, który z legendarnego wodza rzymskich legionów stał się niewolnikiem i gladiatorem, jest doskonałą opowieścią na koniec wieku. Przypomina bowiem o czasach, kiedy za ideały szło się na śmierć, a „marzenie o Rzymie” napełniało serca odwagą i wolą walki. „Siła i honor” – pozdrawiał dowódca swoich żołnierzy przed walką, a oni odpowiadali: „Siła i honor”. Tak było kiedyś, w Anno Domini 180.

Teraz, za sprawą Scotta, możemy to wszystko oglądać na ekranie. „Gladiator” to film perfekcyjny, ponieważ reżyserowi udało się uniknąć pułapki popadnięcia w banał, niemalże nieuniknionej przy kręceniu filmu o bohaterach. Historia Maximusa stwarza wiele możliwości nakręcenia scen mdłych i łzawych, jednak w „Gladiatorze” takowych nie ma. Postawy bohaterów nakreślone są przekonująco i tak wiarygodnie, że ich siła pozostaje z widzem jeszcze długo po obejrzeniu filmu. Z pewnością jest to zasługa aktorów, którzy nie grają swoich postaci, lecz są nimi. Russell Crowe jest wymarzonym Maximusem, jedynym aktorem, którego mogę sobie wyobrazić w tej roli (i pomyśleć, że ubiegał się o nią Tom Cruise!). Podobnie Joaquin Phoenix jest idealnym wyobrażeniem cesarza Commodusa – infantylnego okrutnika o skłonnościach kazirodczych i wybujałej ambicji. Należy także wspomnieć o doskonałej roli Lucilli, siostry Commodusa, granej przez Connie Nielsen, która stworzyła postać zaszczutej, pełnej lęku, ale zarazem silnej kobiety, mogącej zmienić losy Rzymu.

„Gladiator” to wielkie widowisko inspirowane wcześniejszymi filmami o starożytnym Rzymie – „Ben Hurem”, „Sprtakusem” i „Upadkiem Cesarstwa Rzymskiego”. Piękne zdjęcia i zapierające dech w piersiach sceny bitew i walk gladiatorskich to niewątpliwe atuty filmu. Jednak to, co najbardziej buduje jego nastrój, oddając doskonale każdą chwilę, to muzyka. Film otwiera scena bitwy w Germanii, która jest arcydziełem sztuki kompozytorskiej. Połączenie obrazu i dźwięku daje efekt, który nie pozwala widzowi spokojnie przejść do następnej sceny i każe mu jeszcze długo pozostawać w germańskim lesie, wśród zabitych żołnierzy, rannych koni i spalonych drzew. Muzyka potęguje grozę bitwy, koszmar śmierci i wyciska z oczu widza łzy nad okrucieństwem podbojów. Ogniste kule wystrzeliwane z rzymskich katapult niszczą las w rytm muzyki Hansa Zimmera, zwiastując rychły koniec Germanii. I tak jest do samego końca – muzyka to nieodłączna część obrazu, ilustracja lęku i odwagi, miłości i nienawiści, dobra i zła.

Bo „Gladiator” to w rzeczywistości film o walce dobra ze złem, metafora sprawiedliwości i niesprawiedliwości, prawości i nieuczciwości, prostoduszności i podstępu. Maximus, mianowany przez umierającego Marka Aureliusza jego następcą, zostaje skazany na śmierć przez syna cesarza, Commodusa. Kiedy udaje mu się zbiec, odkrywa, że Commodus kazał zabić jego ukochaną żonę i syna. Zrozpaczony generał dostaje się do niewoli i zostaje sprzedany do szkoły gladiatorów. Stamtąd ma szansę dostać się na arenę Koloseum… Commodus, choć niegodny bycia władcą, zabija swojego ojca, by ten nie przekazał władzy Maximusowi. Jego działaniami kieruje lęk przed własną słabością i obsesyjna ambicja rządzenia imperium. Nie ważne są środki, liczy się tylko cel. Nie waha się zabijać i zastraszać, ale jednocześnie panicznie boi się opinii rzymskiego ludu o swoich rządach. Jest w rzeczywistości słaby i bezbronny (od dzieciństwa bo i się ciemności), ale nie okazuje tego, by nie stracić władzy. Jest wcielonym złem, ani przez chwilę nie budzi sympatii widza, choć czasami budzi jego zrozumienie. Maximus natomiast jest urodzonym przywódcą i choć śmierć bliskich łamie jego ducha, nie pozostaje obojętny na losy „marzenia o Rzymie”. Znajduje z sobie siłę do walki, choć początkowo jego jedynym celem jest zemsta na Commodusie za śmierć rodziny oraz Marka Aureliusza. Maximus jest prawy i silny, choć w pewnym momencie obojętność jest w nim silniejsza od woli walki. Czy można narysować dobro? Scott zrobił to kreśląc postać wielkiego generała.

Chciałabym napisać więcej o „Gladiatorze”, ale to zbyt trudne. Jest to bowiem film należący do gatunku tych, które odczuwa się całym sobą, bez możliwości dokonania prostej oceny. Można próbować go opisać, co właśnie zrobiłam, ale w żaden sposób nie można oddać ani jego atmosfery, ani uczuć, które wzbudza. Łzy. Smutek. Radość. Lęk. Groza. Niepokój. Ulga. Złość. Wściekłość. Miłość. Nienawiść. Oto uczucia, które wywołuje we mnie ten film. We mnie. A w Tobie?

„Gladiator”, USA, 2000, Reż.: Ridley Scott. Scen.: David Franzoni, John Logan, William Nicholson. Zdj.: John Mathieson. Muz.: Hans Zimmer, Lisa Gerrard. Występują: Russell Crowe, Joaquin Phoenix, Connie Nielsen, Oliver Reed, Derek Jacobi.

luty 2001r.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *