Zimna wojna, czyli sztuka marketingu

Film Pawła Pawlikowskiego to historia miłosna w polskim pejzarzu skutym okowami zimnej wojny. Pokazuje losy pary głównych bohaterów na przestrzeni kilkunastu lat począwszy od ich spotkania w 1949. Film starannie sfilmowany przez Łukasza Żala w surowej czarno-białej poetyce.

UWAGA: recenzja poniżej może zawierać spoilery.

Film doczekał się różnych nagród – wliczając prestiżową złotą palmę festiwalu w Cannes. Obraz nagrodzono także za zdjęcia na Camerimage – dla Łukasza Żala.
Historię uczucia – jako opowieść – doskonale wspomagają nie tylko obraz, ale także montaż i dźwięk. W tym ostatnim punkcie mam na myśli wykorzystanie zarówno muzyki polskiej ludowej, jak i jazzu. Zwraca w tym zakresie uwagę doskonałe pokazanie jak oryginalna muzyka źródeł zostaje zaadoptowana do celów ideologicznych – propagowania wojującego komunizmu, jak i do celów dyfuzji z nurtami jazzu. To wraz z obrazem tworzy w mojej ocenie najsilniejsze atuty filmu Pawlikowskiego.

I co? Tyle?
Otóż sądzę, że to niemal wszystko. Czy coś poszło nie tak w „Zimnej wojnie”? Nade wszystko poszła źle główna oś, kręgosłup: opowieść o miłości i dramacie. Widzimy narodziny uczucia i jego konsumpcję. Namiętność. Oczekiwanie. Plan ucieczki z kraju. Próba wyrwania się z okowów zimnej wojny.
Niestety w mojej ocenie punkt kulminacyjny dramatu – kiedy Lech Kaczmarek aparatczyk na niwie kultury (rola B.Szyca), prezentuje Wiktorowi Warskiemu (T.Kot) swoje dziecko z Zulą Lichoń (graną przez Joannę Kulig) – jest pusty. Nie ma wartości wstrząsu. Przyczyna tego stanu rzeczy jest prosta – ani po Lichoń, ani po Warskim nie widać jak wysoką cenę musieli zapłacić za wyzwolenie. Czy ja jako widz mam uwierzyć, iż małżeństwo i urodzenie dziecka komunistycznemu aparatczykowi – w zamian za wolność – nic nie kosztuje? Nie zmienia w niczym Zuli Lichoń? Nie budzi oporów u Wiktora Warskiego? W filmie Pawlikowskiego nie ma śladu takiej traumy, ani zachwiania zaufania. I to jest kluczowa przegrana filmu o którym mowa. Najważniejszy punkt nie wnosi nic, ani nikogo nie zmienia.
Co więcej – film kończy dziwna scena, jak Warski z Lichoń wkraczają do zrujnowanego obiektu sakralnego i tam symbolicznie składają przysięgę małżeńską. Pytam: co w tym filmie robi wątek sacrum? Skąd się bierze, skoro żaden z bohaterów, ani żaden z wątków poprzedzających nie dotyka sacrum? Obraz pokazuje świat, ludzi i ich relacje bez jakiegokolwiek związku z transcendencją. Po co na koniec jakieś silenie się na uwznioślenie relacji kochanków.
Trzeci najbardziej rozczarowujący punkt „Zimnej wojny” to aktorstwo Tomasza Kota. Mam do tego aktora duży szacunek – choćby za porywającą rolę Zbigniewa Religi w obrazie „Bogowie” (2014). Jednak tutaj jest niestety sztywny, płaski i jednowymiarowy. Jego Wiktor Warski jest klasycznym topiącym w alkoholu swój żal kochankiem. Typ prosty i niewiele wymagający warsztatowo. A przecież ta rola to jedna z dwóch głównych, więc pole czasowe i fabularne było szerokie. Tym bardziej szkoda, że nie wykorzystane. Jakże rewelacyjnie w tym kontekście – i na tle Kota wypada Joanna Kulig odgrywająca Zulę Lichoń. Jeśli szukać aktorstwa najwyższej próby to właśnie przy Kulig. Brawo dla tej pani.
Kwestia ostatnia – uniwersalizm opowieści, a w zasadzie jej brak. Nie jest koniecznie jego wada. Film jest mocno osadzony w polskich realiach. Główne jego otoczeniu kulturowe, sens jest perfekcyjnie przyswajalny w naszym kraju. Nie sądzę, aby u jurorów w Cannes polska muzyka ludowa brzmiała tak, jak w uszach Polaków. Obcy odbiorca raczej w pierwszym rzędzie będzie kuszony czarno-białym obrazem i całą estetyką – zdecydowanie nie treścią. Mimo, iż podstawowa osnowa filmu – miłość dwojga ludzi ponad barierami – jest motywem powszechnym.
Z punktu widzenia wewnętrznego odbiorcy – film odniósł sukces, co najważniejsze: sukces komercyjny, bo budżet się zamknął na zero i pewnie po doliczeniu przychodów z DVD, praw ekranizacji itp. w ostateczności będzie na plus. Zważywszy, że mamy do czynienia z „artystycznym” kinem, to należy zwrócić uwagę, co było motorem tego faktycznego sukcesu finansowego? Co spowodowało, iż film w mojej ocenie przeciętny, z brakami scenariuszowymi skusił tylu widzów. Odpowiedź widzę osobiście w marketingu i tym, że Pawlikowski jest autorem niezwykle kontrowersyjnej „Idy”. A „Ida” jest solą w oku aktualnie rządzącego obozu. Dodajmy dwa do dwóch – czyli do tego dodajmy środku masowej komunikacji niechętne rządzącej opcji i mamy „cztery”, czyli kapitalną atmosferę do promocji filmu. Nawet przeciętnego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *