Tajemnice L.A.

Jak to mam w zwyczaju, nie streszczę fabuły. I tak jest bardzo skomplikowana i wielowątkowa. Całość dopiero przy końcu zaczyna się składnie splatać i prowadzić do wspólnego źródła – czyli zdeprawowanego szefa wydziału miejskiej policji. Takie jak należy mniemać, było zamierzenie scenarzysty oraz reżysera. Doprowadzili je konsekwentnie do końca. Chwała im za to.

„Tajemnice L.A.” jest filmem niebanalnym, bo daje się odczytać na wiele odmiennych sposobów. Innymi słowy – film ma podwójne (co najmniej) dno. Widzowie żądni strzelaniny lub bijatyki dostają swoje. Satysfakcję powinni osiągnąć również ci, którzy – za namową niezidentyfikowanego narratora – chcą zobaczyć korupcję i zepsucie ukryte za sztafażem powierzchownego blichtru Hollywood lat 50tych. To wszystko jest w filmie o którym mowa.

Ale jest tez coś ponadto. Dowodzi to najwyższej klasy filmu i jego twórców. W „Tajemnicach L.A.” mamy oto gorzką refleksję nad – klasyczna przecież – amerykańską demokracją. Okazuje się bowiem, że „wielobarwny płaszcz” pluralistycznej demokracji ma skażone jądro. Zmiennej i poddającej się manipulacji opinii publicznej mają podlegać najbardziej fundamentalne reguły sprawiedliwości. Temida okazuje się nie tyle ślepa, co głupia i podatna na zachcianki tłumów. Sędziowie słuchają ulotnego i zmiennego głosu ludu, zamiast trwałego prawa i własnego sumienia. Kierują nimi nie racje rozumowe, ale żądze – także żądza pieniądza. Powstaje zatem dylemat: jakie jest źródło sprawiedliwości i kto ją ma wymierzać?

W ocenianym filmie świat nie przedstawia się jako twór klarowny z jasnym podziałem na białe i czarne. Nawet gdy stwierdzę, iż „Tajemnice L.A.” opisują szarą rzeczywistość, to i tak będzie to uproszczenie. ¦wiat i ludzie w nim stanowią swoistą heraklitejską rzekę. Ci dobrzy stają się źli, źli okazują się całkiem przyzwoici itd.. Kierujący się idealistycznymi pobudkami młody policjant zeznaje przeciw kolegom, dzięki czemu może wspiąć się na wyższy stopień hierarchii (G.Pearce w roli Eda Huxleya). Redaktor brukowca – Sid Hudgens (perełkowa rola DeVito) – jest przekonany, iż to ona kręci kołem fortuny im rozdaje karty (najczęściej znaczone – np. dla amoralnego Jacka Vincennes”a: odtwarzanego przez K.Spcey”a). W efekcie okazuje się on tylko pionkiem w grze i płaci najwyższą cenę. Ba, rozsadnik zła – szef wydziału policji – zepsuty i skorumpowany, może być zinterpretowany jako ten, który musi po prostu podejmować trudne decyzje: poświęcać jedne wartości dla innych.

Wydaje mi się, że możliwość takiej interpretacji bierze się z podstawowego dylematu zarysowanego powyżej: skąd się bierze sprawiedliwość? Może jest ona zapisana w porządku świata? A może sprawiedliwi są tylko żywi konkretni ludzie, a świat obojętny na dobro i zło jest tylko sceną? Odpowiedź pochodząca z dzieła o którym mowa, na pewno nie jest jednoznaczna i łatwa. Zauważmy, iż trójka głównych bohaterów zastanawia się: dlaczego wstąpili do policji? Każdy ma swoje prywatne motywy – najczęściej pewien osobisty interes. Ale zawsze odbywa się to na tle tego samego impulsu. Zawsze idzie o to, iż komuś dzieje się krzywda i w ten sposób powstaje nieodparte poczucie, że należy przywrócić zakłóconą równowagę. Więc krzywda to cecha świata. Zło się po prostu przydarza. I tyle.

Uważam, że dylemat „Tajemnic L.A.” rozwiązuje się następująco. ¦wiat zaledwie (i aż!) wymaga sprawiedliwości – ale egzekwować ją mają tylko ludzie z krwi i kości. Nawet jeśli u początku ich odruchów tkwią zupełnie interesowne pobudki (zemsta za śmierć ojca itd.).

Omawiany film jest kompletny, bo czyni zadość – że tak powiem – Bogu i mamonie. Z jednej strony potrafi spełnić dość wysokie wymagania intelektualne, a z drugiej daje się strawić przez popularnego odbiorcę, który – przykładowo – chce szczęśliwego zakończenia. Hollywood”owi złożono ofiarę: główny bohater (Bud White grany przez R.Crowe) zostaje „wskrzeszony” i w scenie finałowej (choć mocno pokiereszowany) znika w dali z piękna kobietą (prostytutka Lynn Bracken grana przez K.Basinger). Wszyscy są zadowoleni.

Zwracam jeszcze uwagę na przewrotność autorów filmu. Widać to nie tylko w złożonych przemianach wiodących postaci. Sama obsada jest zabawna: największe gwiazdy – Basinger i DeVito – otrzymały role drugorzędne. Tegoroczna gala Oscarów przekonuje, że z pożytkiem dla nich (Oscar dla Basinger).

„Tajemnice L.A.” są też szydercze wobec amerykańskiej rzeczywistości. Morał filmu wydaje mi się dość znajomy. Otóż świat westernu zbudowany jest na tej samej osnowie -świat jest taki, że sprawiedliwość wymierzać musimy sami. Czy lincz jest przewidzianym lekiem na chorobę amerykańskiej cywilizacji?

czerwiec 1998r.

Share on Facebook

Dodaj swoją opinię

Copyright © camera-obscura
autorskie recenzje filmowe | Krzysztof Kudłacik

Zbudowany w oparciu o Notes Blog Core
Powered by WordPress