Ludzie, potwory i listonosze

Chyba od zawsze oglądałem filmy s-f. Rzecz jasna, ich repertuar ulegał zmianie wraz z rozwojem samego widza. Ale tak dawniej, jak i dziś mam poważny kłopot przy wysłowieniu na czym polega dobre s-f? Po obejrzeniu „Wysłannika przyszłości” Kevina Costnera oraz powtórce z „Obcym – wskrzeszenie” (S.Weaver i J.J.Jeunet) łatwiej przychodzi mi wskazanie, co to jest kiepskie s-f.

Nie jestem tu w stanie rozważyć głębiej rozmaitych postaci w których występuje kino science-fiction. Tylko jedno zastrzeżenie. Pisząc tu o „kinie s-f” nie mam na myśli „science-fiction” w wąskim znaczeniu „techniczno-technologicznym”. Dla mnie „kino s-f” jest bardziej „fiction” niż „science”. Unikam w ten sposób zabawy w słowne definicje i jednocześnie jestem w zgodzie z faktycznym rozwojem gatunku (np. faktycznie zlanie się kina katastroficznego z s-f w czystej postaci).

Przejdźmy do konkretnych przypadków. Otóż kiepskim kinem s-f jest „The Postman” w reżyserii K.Costnera. Przykładem wyśmienitym natomiast „Obcy IV”. „Wysłannik przyszłości” jest po „Rapa Nui” oraz „Wodnym świecie” następnym dowodem na to, że Costner jest zarówno miernym aktorem, jak i reżyserem. Bo cóż takiego wartego uwagi znajdujemy w „The Postman”? Na pewno nie myśl główną: że ludziom potrzebna jest nadzieja. To płaski banał. O wiele ciekawsze jest związanie tego z listonoszem i jego funkcją społeczną. Ale już nic ponad to nie ostaje się z tego filmu. Inna jest przewodnia zasada „Obcego”: nikt nie może mieć nadziei, bo natura – przy współudziale człowieka – nie daje się opanować. Wracając na Ziemię, Ellen Ripley i niedobitki z „Betty” wracają do raju utraconego, ale już wiedzą, że jest on tyle zachwycający, co pusty – nie napełni ich wolą życia. Nie zamierzam tu już drwić z zakończenia „Wysłannika”, rodem z disneyowskiego kina familijnego. Costner i scenarzyści musieli złożyć hołd Bałwanowi Hollywood. Takie są reguły gry. Twórcy „The Postman” winni są grzechów głównych – niekonsekwencji, zaniedbania i braku wizji (czyli miernej poetyki). Film reżyserowany przez Costnera jest skandalicznym zlepkiem scen i wątków. Ni to film katastroficzny (świat po wojnie nuklearnej), ni to film drogi, ni to remake „Mad Max”a” (świat postindustrialny plus nadzieja na odrodzenie społeczeństwa), ni to mieszanka przygodowego i romantycznego kina itd.itd. Sama budowa filmu jest niekonsekwentna – dłużyzny: pobyt i rekonwalescencja w górach po ucieczce przed gen. Betlejemem; albo karygodna skrótowość: sekwencja finałowa już z odrodzonym społeczeństwem. Odbija się to źle na dramaturgii spektaklu. Sceny finałowego starcia i pojedynku głównego bohatera z Betlejemem nie miały dla mnie żadnego napięcia – nawet przez chwilę nie było wątpliwości co do wyniku tego pojedynku. „Wysłannika” obciążają nawet tak dziecinne błędy jak rozbita chronologia – jak długo trwa zima oraz następujące po niej potyczki z Betlejemem, skoro po ukochanej listonosza nie widać rozwijającej się ciąży w która zaszła jeszcze jesienią?

Zaniedbania. Jest ich długa lista. Oto najbardziej rzucające się w oczy. Pierwsze, to sprawa konfrontacji dwóch typów społeczeństwa – tego tworzonego przez gen. Betlejema: militarystyczno – religijnego oraz tego, które sprowokowane jest do istnienia przez rzekomego pracownika US Mail. Cóż takiego je odróżnia i dlaczego jedno musi zwyciężyć? Listonosz ma nieść nadzieję – to samo tyczy się chyba również jego społeczności. Ale jak to się ma do rzeczy? Innymi słowy – dlaczego militarystyczna społeczność jest gorsza? Dlatego, iż opiera się m.in. na przemocy? Przecież zwolennicy Listonosza też walczą i są brutalni. A o grupie Betlejema wiemy dużo więcej niż o amorficznym tworze skupionym wokół US Mail. To zaniedbany wątek. Inny przykład: dlaczego młodzież idzie za listonoszem, a ich rodzice nie? Z lęku i konformizmu? Być może, ale to stereotyp. Inny przykład: rola wierzeń religijnych w tym powojennym społeczeństwie. Gdzieś wyziera spomiędzy wierszy, ale w jakim celu? Inny przykład: recytacje Szekspira. Owszem, rozrywka. Przypomina mieszkańcom izolowanych osad, że kiedyś – przed wojną – istniał normalny świat. Ale jakże powierzchownie potraktowany wątek! A przecież rola mitu i poezji dla trwałości społeczeństwa to wątek ciekawy i nośny. Inny przykład: postacie głównych bohaterów. Figurą bujną i wieloznaczną okazuje się tu gen. Betlejem. Inteligentny erudyta łączy zamiłowanie do wiedzy z brutalną energią i fanatycznym poczuciem misji. Jego bezimienny antagonista jest postacią dość słabo opisaną: sentymentalny, bez wyraźnej świadomości celów i swego miejsca. Na jego korzyść przemawia pewien rozwój osobowości – od drobnego cwaniaka, zainteresowanego tylko swoim interesem, do bardziej świadomego lidera odtwarzającego się społeczeństwa. Jednakże w tym drugim etapie – pozornie dojrzalszym – działa przeważnie pod wpływem okoliczności lub przymusu. Robi to, co robi, ale bez zbytniego przekonania. Może jest dzięki temu bardziej ludzki, ale w zestawieniu z otoczeniem nie bardzo przekonuje. Szeryf z Pineville lub nadzorca z Bridgecity są równie ludzcy, a nieporównanie bardziej zdecydowani. Szczególnie ubolewam nad postacią mimowolnej towarzyszki listonosza. Z początku ciekawie zarysowana (gdy wraz z mężem szuka zastępczego ojca dla swego dziecka) w efekcie pozostaje na etapie łączącym self-made woman z konkubina listonosza.

„The Postman” na dobra sprawę mógłby się zakończyć po około 30 minutach. Otrzymalibyśmy wtedy dość zwartą etiudę o świecie postnuklearnym, opisywanym oczyma samotnego wędrowca, który przychodzi znikąd i donikąd odchodzi, a jego smętne spojrzenie ogarnia żałosne szczątki niegdyś wspaniałej cywilizacji. W tym przypadku otrzymalibyśmy sugestywną wizję porównywalną (w części) z wspomnianym „Mad Maxem”. A tego nie ma – autorzy każą nam wytrwać przy ekranie ponad 120 minut. Twórcom „Wysłannika przyszłości” zarzucam brak wizji. Do czego mianowicie ma nas ten film skłaniać? Gdyby film operował jakąś jednolita poetyką, to pozostawiałby w nas jakiś nastrój lub uczucie. Tego nie znalazłem – i nie jest to spowodowane moim ułomnym życiem uczuciowym. Jaką rolę ma pełnić zupełnie niewspółmierne do reszty filmu zakończenie? Ono nic nie rozwiązuje, ani niczego nie dowodzi. Niczego nie dowodzi, bo film Costnera nie ma ulotnego symbolicznego szkieletu, zaś jego zawartość namacalnych konkretów jest niezborna i nierówna.

Diametralnie inna jest sytuacja „Obcego IV”. Nad tym filmem z „serii” zaciążyła bez wątpienia osobowość reżysera: J.J.Jeunet to przecież autor awangardowych „Delicatessen” i „Wyspa zaginionych dzieci”. „Obcy IV” w jego rękach stał się dziełem szczególnym, bo łączącym zgodnie wątki i klimaty z jednej strony – właśnie – „Delicatessen”, a z drugiej trzech wcześniejszych odsłon z Ripley w głównej roli. Nie będzie specjalnych kontrowersji, gdy stwierdzę, iż pierwszy „Obcy – 8 pasażer Nostromo” i trzeci „Obcy” są harmonijnie kontynuowane w „Obcym – przebudzenie”. Głównie chodzi tu o mroczny i klaustrofobiczny klimat narastającego zagrożenia. Z drugiej strony „Obcy IV” jest kompatybilny z „Delicatessen”. Z tego eksperymentalnego dzieła bierze się inteligentne połączenie organiczności i fizyczności ciała z ludzkimi pragnieniami i emocjami. „Delicatessen” bowiem uświadamia nam boleśnie to trwałe złączenie ciała i ducha, które w tym filmie przybiera postać mięsa, które jest więzieniem duszy (przepraszam za tę dość swoistą ornamentykę słowną, lecz widzowie „Delicatessen” chyba zrozumieją moje myśli). To właśnie wyraźnie występuje w czwartym „Obcym”.

W istotnej części jest to film o zdecydowanym symboliczno – moralnym wymiarze. Nie kłóci się to z całą efektowną otoczką – strzelaniny, wybuchy, ucieczki, pościgi, konfrontacja z Obcymi itp.. W tym momencie zwróćmy uwagę na rolę drapieżnych Obcych w tej części cyklu. Teraz jest to drugorzedna rola. Poza kulminacją filmu, odtworzone drapieżniki wcielają się w monstra zamknięte w klatkach. Nawet gdy dochodzi do ich ucieczki, to reżyser operuje w zasadzie tylko ich domniemaną lub mocno ograniczoną obecnością. Obcy stanowią groźbę – dość oszczędnie dawkowaną. Na tym etapie pierwszoplanowa konfrontacja i źródło dramaturgii jest po stronie ludzi – Ripley wraz z załogą „Betty”. I to jest konsekwentne, bo J.J.Jeunet nie jest zainteresowany Obcym jako takim. Ten jego film skupia się na problemie wewnętrznych zależności miedzy człowiekiem a naturą (przyrodą). Film o którym mowa zdaje się przekonywać, iż ludzie zaszli za daleko w swoich ingerencjach w naturę. Nauki biologiczne (a w zasadzie każda nauka) bazują na założeniu, że człowiek jest rozwinięciem mechanizmów przyrodniczych. Jesteśmy zwierzętami i podlegamy prawom świata biologicznego (świata materii). Skoro pozwalamy sobie na – ba, jest to niezbędne – eksperymenty na zwierzętach, więc nie ma przeszkód, aby eksperymentów dokonywać także na ludziach. To jest wg mnie główny punkt filmu Jeunet”a. Ripley wraz z Obcym zostaje odbudowana, sklonowana z przypadkiem ocalałej próbki krwi. Lecz „egzemplarz” Ripley przedstawiony w filmie nosi numer 7. W trakcie okazuje się, że poprzedzające go „numery” spotyka los przerażających, zmutowanych i zdegenerowanych organizmów. Jeunet epatuje widza bardzo długimi sekwencjami pokazującymi te organizmy w całej ich „okazałości”. Ba, jeden z nich – pół Ripley, pół Obcy – ostał się przy życiu i ma tylko jedna prośbę „Zabij mnie”. Ripley nr 7 tak właśnie robi. Jednocześnie uświadamia sobie w pełni to, czym jest – specyficznym mutantem. Stąd się biorą jej późniejsze zachowania. W szczególności to, że pozwala się zabrać do gniazda Obcych. Dobrowolnie stawia się w sytuacji wyrzutka – nie jest człowiekiem, ale nie jest także łupem dla Obcych, którzy niejako ją akceptują. Pokazuje się w ten sposób ulotny, lecz bardzo ważny rys filmu Jeunet”a – poszukiwanie tożsamości. Szuka jej Ripley, szuka jej Annalee Call (kobieta-robot grana przez Wynone Ryder), a na końcu sam Obcy (nowej generacji). Dla cyborga – kobiety Call nowym źródłem tożsamości jest upragniony powrót na Ziemię. Maszyna chce być człowiekiem, choć nim nie jest. Obcy poddany transformacji w humanoida nigdy nie będzie człowiekiem, lecz tylko jego przerażającym odbiciem w krzywym zwierciadle natury. Ripley natomiast świadoma jest daremności wysiłków swoich oraz Call i Obcego. Cyborg jest maszyną i tylko maszyną, zaś Obcy pozostanie doskonałym narzędziem zniszczenia. Call widok Ziemi przynosi radość, lecz Ellen Ripley napawa on smutkiem, bo wie, że nie jest to Ziemia Obiecana ani dla maszyny ani dla przekształconego człowieka.

Zwróćmy uwagę, iż Ripley wybiera stronę Obcych dopiero po zniszczeniu pracowni ze swoimi klonami. Sprawiam tym samym wrażenie, że odrzuca dziedzictwo swojego gatunku – gatunku zdolnego do takich wynaturzeń. Nie chce być człowiekiem, bo jeszcze wykazuje odruchy moralne. Lituje się nad stworzeniem błagającym o śmierć. Tego nie wykazują ludzie doktora Gedimana dla których jest to tylko materiał genetyczny.

I na koniec odnotujmy wysmakowany klimat budowany na scenografii i sposobie obrazowania. Każda część „Obcego” charakteryzowało się wyśmienitą plastyką. Poziom – bardzo wysoki – ustanowiony przez Giegera od pierwszej części cyklu nie został zaniżony i w filmie Jeuneta. Krążownik „Ariuga” jest monumentalny. Ale akcja filmu rozgrywa się w ciasnych i pełnych metalu pomieszczeniach. Istota rzeczy kryje się jednak w bezpośrednim zestawieniu (styku nieomal) metalu i z gruntu cielesno-organicznych tworów – tych z laboratorium Gedimana, tych stworzonych przez drapieżniki i tych, które w naturalny sposób tworzą ludzkie ciała (masakra załogi „Ariugi” z hektolitrami krwi, gniazdo królowej z wplecionymi w niego ludzkimi ciałami, inwalidzki wehikuł mechanika z „Betty” – Vriessa). Ciało stykające się (i złączone) z metalem – to zarazem z jednej strony symbol przynależności człowieka do przyrody (materia), jak i z drugiej strony symbol sprzeczności w jedności, czyli związku ducha z ciałem. Gediman usiłował zignorować ducha i traktował człowieka jako wyłącznie biologiczny egzemplarz genotypu. To doprowadziło do katastrofy. Ripley i jej dylemat pokazał, że nie jesteśmy tylko z tego świata.

Powyżej spróbowałem dać – chyba głównie sobie samemu – odpowiedź na pytanie na czym polega dobre s-f? „The Postman” to kiepskie s-f. „Obcy IV” zaś to dobre s-f. Proponowane uzasadnienie już Państwo znacie. Wielu może się zdawać, iż prowadzi ono do mało wyrafinowanego wniosku. S-f rządzi się mianowicie takimi samymi ogólnymi regułami jak inne gatunki filmowe. Wszystko inne to dekoracja: potwory, wojny nuklearne, czarownicy itd. Dobre s-f musi mieć bezpośrednie odniesienie do pytań, które sobie zadajemy (światopoglądowych, moralnych itp.). Przepraszam, że wielu wydam się mało nowoczesny sugerując tak stereotypowy morał.

listopad 1998r.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *