„Wataha 2” klisze i uprzedzenia

 

„Wataha 2” mnie zawiodła.

Zarówno jako rozrywka, jak i kryminał. To o tyle silny zawód, iż pierwszą odsłonę serialu kryminalnego przyjąłem doskonale. Świetnie napisane role, rewelacyjne zdjęcia cudownego zakątka Polski jakim są Bieszczady. A przede wszystkim uniwersalna fabuła, które może spotkać dobra recepcja poza naszym krajem. A to cecha bardzo rzadka jak chodzi o naszą kinematografię.

Co poszło źle w części drugiej?

Pierwszy odcinek części drugiej „Watahy” nie zapowiadał katastrofy. Zaczyna się z rozmachem – Straż Graniczna odnajduje masowy grób z ciałami nielegalnych migrantów. I już tutaj łapiemy się na rozczarowaniu – skąd znamy ten schemat? Nie, nie z uniwersalnej recepty Afreda Chitchocka („najpierw musi być trzęsienie ziemi, a potem napięcie musi już tylko rosnąć”). Ten schemat znamy z pierwszej części, gdzie intrygę zainicjowało morderstwo na grupie przyjaciół ze Straży Granicznej.

To spostrzeżenie pokazuje już wprost, że mamy do czynienia z powielaniem siebie samego. I mniej więcej tak jest nadal – znów wracają Bieszczady (to samo w sobie jest akceptowalne do pewnego stopnia), lekko poszerzone o wycieczki na ukraińską stronę granicy. Wraca schemat lokalnej sitwy, bandyterki, która jest tylko bladym odbiciem jakiejś bliżej nie określonej rozgrywki „służb”.

Druga część „Watahy” nie usiłuje ani rozwinąć się w nowe rejony, ani nic dodać do tego, co poznaliśmy w części pierwszej. Mój znajomy dość trafnie opisał intrygę filmu o którym mowa: to film o facecie z brodą, który chodzi ciągle po lesie. I w zasadzie tyle. W punkt. Facet z brodą spotyka mniej więcej tych samych ludzi, co w poprzedniej części i oni podobnie jak wcześniej pomagają mu lub przeszkadzają. Bez powiewu świeżości.

Inna słabość „Watahy 2” to słaby scenariusz. Być może to wada główna serialu. On zwyczajnie jest nieciekawy. Motywem głównym ma być poszukiwanie przez Rebrowa (Leszek Lichota) zdrajcy w szeregach Straży Granicznej. Ale ta intryga jakoś nie wciąga – Rebrow głównie uprawia treking przez cały film. Całością spinającą jest co innego – śledztwo prowadzone przez prokurator Igę Dobosz (Aleksandra Popławska). Jednak to mało. Mimo naprawdę dużych starań Aleksandry Popławskiej – świetnej aktorki, o niesamowitym potencjale – ta postać nie przekonuje. Zupełnie nie wiadomo, co do dramaturgii wnosi wątek jej obłożnie chorej matki lub jednorazowy romans z Halmanem, agentem ABW (Grzegorz Damięcki). Jaką nową warstwę dodają jakieś kosmicznie bałamutne retrospekcje łączące Rebrowa, Grzywę i kierowniczkę ośrodka dla uchodźców? To jest szczególnie żenujące, pełne prymitywnego psychologizowania. Klisza zza oceanu.

Inne wątki – potencjalnie bardzo ciekawe (sic!) – zostają porzucone bez wyraźnej konkluzji. Tak jest z śmiercią Cinka (Jacek Beler) – lub jego relacjami z Kalitą (Mariusz Saniternik). Mam na myśli zarówno dziecko Cinka, jak i wygaszenie aktywności Kality po śmierci Cinka – choć widz właśnie wtedy spodziewa się nowej dynamiki! Jak Cinek ginie w swoim tartaku, skoro jest pilnowany 24/7 przez swoich zakapiorów?

Podobnie bardzo nie przekonująco wypadają relacje prokurator Dobosz z jej przełożonym (w tej roli Marek Kalita) – każda ich wspólna scena to fatalne, przewidywalne dialogi i reakcje. Ilekroć pojawiali się razem, to wypadało to niezwykle sztucznie i koturnowo, bez najmniejszego śladu autentyzmu. A przecież te interakcje, polecenia przełożonego były dla prokurator jednym z głównym motywów działania.

Kolejne słabości „Wataha 2” to sceny walk. Bardzo nieczytelne, jakby źle sfilmowane lub zmontowane. Horrendum są scena walki Rebrowa z Grzywą oraz sam finał – przewidywalny do bólu strzał ciężko rannego Grzywy do szefa gangu przemytników. Bez grama przekonania wypadają – napad na Dobosz oraz jakaś zupełnie nie zrozumiała jazda Rebrowa z umierającym Grzywą, który mimo agonalnego stanu doskonale sprawdził się jako automapa nocą w głuszy Bieszczadzkiej! Absurd goni absurd. Chwalebnym wyjątkiem nocna strzelanina przemytników ze Strażą Graniczną.

Wreszcie – last, but not least – schematyzm, powielania fałszywych stereotypów. Tu umieszczam cały wątek „narodowców” oraz ich atak i podpalenie ośrodka uchodźców. Nie dość, że to raczej obraz znany z Niemiec, a u nas nie spotykany. Z tego powodu film traci na uniwersalizmie i staje się ekspozycją lęków i uprzedzeń reżyserki Kasi Adamik. To ostatnie jakoś mnie nie dziwi, bo „dzieła” Adamik nie mają ambicji do subtelności. To zwykle produkcje robione grubą kreską z intencją propagandową. Niestety „Wataha 2” dziedziczy skazę po swojej autorce. Mamy prymitywów, brzydkich, brutalnych, nieokrzesanych nacjonalistów kontra wyrafinowany, uczesany i politycznie poprawny świat. Względnie przytomny widz natychmiast rozpozna w tym blagę.

Co jest silną stroną scenariusza? W mojej ocenie Alsu (Anna Donczenko, Ukraina) jako nielegalna z synem zatrzymana przez Rebrowa. Dobra dramaturgia, ciekawe i napięte relacje z Rebrowem. I to koniec pozytywów i recenzji. Więcej czasu nie warto poświęcać na drugi sezon „Watahy”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *