Diamenty na bezludnej wyspie

Przerażający i inspirujący. Tak najkrócej można opisać „Seven” w reżyserii Davida Finchera. Obejrzałem go po raz drugi po rocznej przerwie. Jego wymowa nic w ten sposób nie została uszczuplona. Przeciwnie – wydaje mi się, że teraz jakoś pełniej do mnie dotarł. Na pewno zyskał na wieloznaczności.

plakat se7en

Nie ma potrzeby ponawiania w tym miejscu pochwał jego klimatu, sposobu obrazowania zdarzeń i wrażenia przenikliwego bólu wywoływanego przez ten film. Wszystko to już powiedziano.

Głównym sensem „Seven” wydaje się być poszukiwanie jakiegoś absolutu – źródła celów i wartości. Współczesny człowiek zatracił pewien kompas moralny. Stąd przecież bierze się „kazanie” jakiego John Doe (gra go Kevin Spacey) postanowił udzielić ludzkości. Skoro ludzie nie wiedzą dokąd podążać i co jest dobre, a co złe, więc trzeba im to powiedzieć. Co więcej, powinno to znaleźć formę „kazania”, czyli pewnego pouczenia o charakterze sakralnym. Celowo piszę o „współczesnym człowieku” pozbawionym poczucia absolutu. Film bowiem jest trudny do osadzenia w jakimś konkretnym miejscu lub społeczności. Po prostu jest jakieś anonimowe megapolis i jakieś społeczeństwo (niekoniecznie amerykańskie). Tak „Seven” zyskuje miarę uniwersalizmu. Zwróćmy uwagę, że film o którym mowa, odnosi się do skali całego społeczeństwa. Nie ulegajmy złudzie, jakoby szło tylko o losy czworga głównych bohaterów. Owszem, nie są to postacie „typy” – każdy z nich ma jakąś przeszłość, która tak czy inaczej określa ich obecne postępowanie. Tu mamy do czynienia z ludźmi z krwi i kości. Szczególnie tyczy się to pierwszoplanowych ról Brada Pitta (odtwarza Davida Millsa) i Morgana Freemana (jako Willima Somerset).

Twórcy „Siedem” mówią o i do całego społeczeństwa jeszcze z innego punktu widzenia. Otóż zło z jakim stykają się i z którym walczą obaj policjanci nie ma do końca osobowego, indywidualnego źródła. John Doe to właśnie postać-typ. Walczy się tu nie tyle z jakimś dokładnie zidentyfikowanym bandziorem, lecz z reprezentantem zła w ogólności. Dlatego właśnie charakterystyka społeczna i psychologiczna Doe wykazuje, iż jest on przeciętnym reprezentantem klasy średniej. Jako taki pełni funkcję standardowego obywatela, który jest taki sam jak inni. Zatem nic go nie wyróżnia i nic nie wskazuje na niego jako kogoś bardziej od innych nadającego się na mordercę (dodajmy: seryjnego). W pewnym sensie każdy z nas jest zabójcą – to jeden z filarów budowy „Seven”. Ale każdy na swój sposób. Przenikliwość autorów filmu jest tu zdumiewająca. Każdy z nas przyczynia się do powszechnego rozrostu zła przez zgodę na zło nawet w małej skali. Widać to wprost w pierwszej scenie filmu, gdy Freeman dokonuje wizji lokalnej na miejscu zabójstwa człowieka zastrzelonego przez żonę po sprzeczce rodzinnej. Detektyw pyta wtedy obecnego tam policjanta, czy dziecko widziało scenę mordu. Zapytany reaguje irytacją: „sram na to, czy dzieciak to widział”. Tak właśnie stajemy się mordercami i przykładamy rękę do powszechnego zła. Każdy kolejny jego przypadek – nawet coraz straszniejszy – przyswajamy łatwiej. Godzimy się na zło małe, więc dlaczego nie przystać na najbardziej makabryczne zbrodnie?

Tak dochodzimy do korzeni „kazania” J. Doe. W jego działaniu – jakże wynaturzonym – doszukiwać się można pozytywnych intencji. Przecież widział otaczające nas zło i chciał mu się sprzeciwić przez obudzenie sumień. Wybrał terapię wstrząsową. Somerset nie dał się zwieść tej logice zbrodni, która rzekomo miała prowadzić do moralnego przebudzenia. Gdy w finale obaj policjanci wiozą Doe na pustynię, Murzyn wskazuje zbrodniarzowi fundamentalna sprzeczność w jego projekcie. Może i chciał on obudzić nasze sumienia, lecz wybrana krytyczna terapia wcale nie likwiduje zła – przeciwnie: pomnaża go po wielokroć. Ozdrowieńczy wstrząs przeżyją nieliczne jednostki, reszta nic nie zrozumie lub nawet może chcieć naśladować Johna Doe. Doe nie jest wysłannikiem Nieba, ale sługą szatana. ¦wiadom tego detektyw stwierdza, że seryjny morderca zwycięża w konfrontacji w chwili, gdy sam staje się ofiarą gniewu za strony Millsa.

Gdyby na tych konstatacjach poprzestać, to film należałoby ocenić jako bardzo dobry. Ale to nie wszystko. „Seven” jest dziełem wybitnym na skalę przekraczającą granice Hollywood. Stary detektyw zgadza się bowiem, iż Doe istotnie „wygłasza” kazanie. „Zbrodnie, które odkrywamy, są jak diamenty na bezludnej wyspie” – mówi w pewnym momencie Somerset. Nie idzie tu o to, że przez te zbrodnie można się nauczyć lepiej zabijać! Można z nich zaczerpną moralne pouczenie o tym, jak nisko upadliśmy i jaki jest stopień naszego upodlenia. Kryterium jest stare i proste – siedem grzechów głównych. Zgoda, dawno już ludzkość wszystkie te grzechy ma na sumieniu. Lecz sens dzieła Doe pokazuje, że wciąż można je popełniać na wciąż wyższym „poziomie” zła. Ten sam grzech popełnić można na wiele sposobów. Stary policyjny wyga jest zrezygnowanym realistą. Straszliwe zbrodnie seryjnego zabójcy będą raczej tanią sensacją niźli pouczeniem moralnym. Stałyby się takim pouczeniem, gdyby można pojąć ich kulturowy sens. Ale do tego trzeba mieć zakorzenienie w kulturze. Somerset studiuje Dantego i innych klasyków, aby poznać prawdziwe znaczenie czynów mordercy i móc przewidzieć jego następne posunięcie. Dla kolegów tego policjanta biblioteka jest zwykłym magazynem, kulturowo równoważnym magazynowi szynki, czy ubrań. Jeśli już ktoś – tak jak Mills – zmusi się do poszukiwań u klasyków kultury Zachodu, to stać go najwyżej na lekturę ściągi dla maturzystów. Dlatego przerażające dzieło Doe obudzi bardzo nielicznych.

Zresztą, znajomość choćby kanonów kultury wysokiej wcale nie musi sprawić, że staniemy się lepsi. Doe jest wykształcony, a jednak morduje. Postać odtwarzana przez Freemana wie o tym bardzo dobrze. Skoro stajemy się źli przez zgodę nawet na małe zło, to możemy uratować skrawki sumienia również poprzez rzeczy proste. Znamienna jest tu szczególna nić porozumienia zawiązująca się między Freemanem, a żoną jego młodego partnera (Gwyneth Paltrow w roli Tracy Mills). Oboje pragną takich właśnie prostych rzeczy dostępnych każdemu. Chcą przyjacielskiej rozmowy, czy ciepła rodzinnego (patrz: genialna scena kolacji i wybuchu śmiechu Tracy i Williama). To już starczy, aby uratować resztki moralnych odruchów. Takich prostych i normalnych sytuacji pragnie też na swój patologiczny sposób również John Doe. Zanim zamorduje żonę Millsa, usiłuje bezowocnie „zakosztować” życia normalnego człowieka.

To dodatkowy sens „Seven”: rozróżnienie tego, co normalne i tego, co patologiczne. Nie wiemy już, co normalne, a więc tracimy orientację, gdzie leży dobro a gdzie zaczyna się zło.

Film o którym mowa, jest do głębi pesymistyczny. Stawia przerażającą diagnozę współczesnemu społeczeństwu. Jednak wyjście z tej katastrofy dostrzega we walce z atrofią najprostszych odruchów i odczuć. Przeciwstawić się złu można tylko przez zaufanie do drugiego, życzliwość i solidarność. To jednak są cechy nie całego społeczeństwa, lecz konkretnych ludzi. Ale nawet w tym morale film nie dostarcza nadziei. Całe spotkanie z seryjnym mordercą niszczy młodego policjanta, zaś stary detektyw wcale nie zyskuje motywacji do walki ze złem.

sierpień 1998 r.

2 thoughts on “Diamenty na bezludnej wyspie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *