Picasso, Bóg, piekarz i brak kropki na “i”

Wielu z Was, Drodzy Czytelnicy, już doskonale wie, że w roli Pabla Picassa występuje tu znamienity Anthony Hopkins. I jest to w istocie porywająco odtworzona rola. Przekonuje to, że aktorzy -przynamniej niektórzy – są jak dobre wino: im starsi, tym lepsi. Ale wyznam, że sam Hopkins (nawet w tak dobrej formie), to odrobinę za mało. Brakuje w tym filmie pewnej kropki nad „i” – pewnego dopełnienia. A mianowicie: nadal nie wiem, o czym jest ten film. Bo sam popis aktorski to za mało.

Otóż nie jest to film li tylko o procesie twórczym. Owszem, widzimy Picassa w trakcie pracy, widzimy jak maluje, wypala ceramikę lub tworzy konstrukcje rzeźbiarskie. Otrzymujemy również stosowna zaprawę teoretyczną. Picasso uważa bowiem, iż twórczość to wynik specyficznego sprzężenia zwrotnego między autorem a jego dziełem. Malarz zaczyna malować, lecz często później to sam obraz nakazuje pewne działania. Ma on swoja wewnętrzną logikę, której autor wielokroć musi się (bo tak właśnie czuje) podporządkować. Jest on zarazem podmiotem i przedmiotem twórczości – ściślej: procesu twórczego. Właśnie: samego tworzenia, a nie tylko dzieła. Dzieło, jak wyznaje Picasso, nigdy nie jest gotowe. Dlaczegóż zatem nie sprzedawać do galerii ledwo napoczętych szkiców? Można przecież i z tego mieć pieniądze. Pablo jest tego świadom i tak postępuje.

Bez trudu, jak sądzę, zgodzimy się, iż nie jest to film po prostu o życiu znakomitego artysty. Jest ono zaledwie ilustracją i tłem dla pierwszoplanowych treści. Tu nie idzie o jego przyjaciół, wrogów, dzieci, kochanki czy żony.

Nie dajmy się zwieść pozorom. Twierdzę bowiem, iż nie jest to film o niszczeniu przez Picassa jego najbliższych. Łatwo popaść w taką ułudę, bo z jednym tylko wyjątkiem – wszyscy wokół niego są jakoś „upośledzeni” przez bytność z Mistrzem. Taką perspektywę sugerują obydwa tytuły – polski „Picasso. Twórca i niszczyciel” oraz oryginalny „Surviving Picasso” (w wolnym przekładzie: przetrwać Picassa). Jego kobiety: najpierw kochane i pożądane, a potem porzucone i/lub lekceważone. Kamerdyner: jest z Pablem, choć ten go pomija milczeniem i ma za rodzaj sprzętu domowego – jak krzesło lub wieszak. Marszandzi: istnieją tylko po to, aby dostarczać pieniądze i łasić się do stóp malarza. Reszta oczywiście to tło bez wątpienia.

Bliżej sedna rzeczy są ci, którzy cody upatrują w relacji między osobowością Picassa a główną narratorką całego filmu, konkubiną Picassa od (bodaj) 1943 do 1950r. – Francoise Gillot; matką dwojga jego dzieci. Możnaby sądzić, że ona jako jedna i jedyna „przetrwała” Mistrza. Że choć wszyscy pozostali byli przez niego uprzedmiotowieni, to w tym jednym przypadku ona się wyzwoliła i sama potrafiła zerwać z nałogiem zwanym „Picasso”. Innych ten narkotyk najpierw uzależniał, a potem niszczył. Ją jedną to nie spotkało. Znalazła na to dość siły – ma o tym świadczyć scena finałowa, gdy Francoise triumfalnie prowadzi corridę na cześć Mistrza. U jego boku jest już inna kobieta. Picasso spojrzał w tej chwili na Francoise jak na doskonałe swe dzieło, wzrokiem konesera i twórcy zarazem. Czy to właściwa coda filmu o którym mowa?

Raczej nie, odpowiadam. Mam po temu dwa powody. Pierwszy jest dość prosty: słabość aktorstwa odtwórczyni roli Francoise – Natashy McElhone. Postawiona przy boku Hopkinsa nie dorównuje mu. Aby się o tym przekonać, trzeba film obejrzeć – polecam to gorąco. Wiąże się to z drugim moim argumentem. Otóż na tym niewysokim poziomie zaprezentowanego aktorstwa N.McElhone, nie udało się pokazać całego złożonego procesu „przetrwania” Picassa. Nie ma tu całego – moim zdaniem niezbędnego – procesu: od fascynacji, przez pożądanie i miłość, aż do upadku i następnie finałowego podniesienia się. A to wszystko należało pokazać. Starał się o to w moim mniemaniu i reżyser i A.Hopkins, lecz naszej aktorce powiodło się to słabiutko. A szkoda.

Zatem co jest w tym filmie wartego uwagi poza samym odtwórcą roli głównej? Myślę, że jest to pewna dość udanie pokazana filozofia życia. Właśnie: życia. Filozofią Picassa w tym filmie jest bowiem wszechogarniający witalizm. Widać to w jego nieudawanym zachwycie nad scena w której puchacz łowi i zabija kota. Sam artysta jest takim drapieżnikiem. Według niego życie to nierozerwalny splot życia i śmierci, narodzin i zabijania. Takie jest życie i to ono ustanawia reguły rządzące światem. Jest ono amoralne – i taki bodaj jest ogólny wizerunek samego Picassa jako człowieka i jako artysty. Picassao jest tak samo zachwycony, gdy widzi atakującego drapieżnika jak i wtedy, gdy po raz pierwszy spogląda na swą przyszłą konkubinę. Jego witalizm pozostawia miejsce na estetyczny zachwyt. Pamiętajmy, że sam artysta nie jest tylko widzem w nieprzemijającym spektaklu życia On w nim uczestniczy i również go tworzy. Takie jest m.in. sens jego radości płynącej z udziału w ludycznych pochodach i świętach.

Picasso zauważa, że Bóg jest jak piekarz: bierze ludzkie „ciasto”, robi z niego smaczne bułeczki, aby potem je schrupać. Sam uważa się za takiego piekarza.

marzec 1998 r.

Share on Facebook

Dodaj swoją opinię

Copyright © camera-obscura
autorskie recenzje filmowe | Krzysztof Kudłacik

Zbudowany w oparciu o Notes Blog Core
Powered by WordPress