Matrix. Gatunek płaszcza i okularów

Nadszedł mój czas – pora chyba odczarować film Andy”iego i Larrego Wachowskich. Gala oscarowa za nami, wiadra atramentu na napisanie recenzji już wylano. Zatem ze spokojnym sumieniem mogę się przyznać do moich ocen. Ba, odniosę się do ocen innych osób. I będzie śmiesznie.

Film trafił do mnie wczesnym latem zeszłego roku na płycie CD. Ponieważ rekomendowano mi go jako swoiste – w klimacie – nawiązanie do „Obcych”, więc z chęcią obejrzałem. I faktycznie przyznaję, że Wachowscy oraz ich ekipa spisali się na medal. Więcej – spisali się na Oscary, które w przyznanych im kategoriach otrzymali zupełnie słusznie.

Obietnica nawiązania klimatem do „Obcych” chyba się nie spełniła. Nie było monstrów lub potworów – choćby częściowo przypominających wytwory chorej wyobraźni Richarda Gigera. Nie było klaustrofobicznych klimatów kreowanych przez ciasne pomieszczenia statków kosmicznych lub pustkę opuszczonych planet. Nie było zadumy nad granicami ludzkiej ingerencji w naturę. Co najwyżej był wątek wzajemnej podejrzliwości: czy ten drugi nie jest aby na usługach Matrycy lub jej agentów. Jednak nawet i to jest nader powierzchowne – w niczym nie równa się paranoi i lękowi z „Obcych” (kto jest zainfekowany obcym ustrojem, czy też kto jest cyborgiem). Nie wspominam już w tym kontekście o „The Thing” J. Carpentera (ze świetną kreacją Kurta Russella) – gdzie gra podejrzeń jest poprowadzona wręcz mistrzowsko. Jeśli już szukamy analogii (a po wnikliwym przyjrzeniu się pewnie zbudujemy sporą listę), to najszybciej przychodzi na myśl cykl „Terminatorów” – tyle, że nie ma tu podróży w czasie. Zamiast tego jest odrobinę bardziej wyrafinowane rozwiązanie z organizmami ludzkimi jako źródłem energii dla maszyn oraz maszynami – stwórcami mentalno -wirtualnej rzeczywistości dla ułomnych receptorów ludzkich zmysłów.

Gotów jestem jednak zrezygnować z poszukiwania – realnych lub domniemanych – analogii czy odniesień do innych filmów s-f. Być może trop, na który skierowano mnie zachęcając do oglądnięcia Matrycy był fałszywy. Nie zmienia to faktu, iż przygody Neo (filmowa postać Thomasa Andersona zagrana przez Keanu Reeves”a) oraz Morpheusa są warte uwagi dla nich samych, a nie dla nich jako zestawu odniesień do innych filmów. Owszem – można poszukiwać pełnej listy odniesień, lecz po co? Aby udowodnić, że scenarzyści z Hollywood są dobrze zorientowani w temacie? To jest przecież oczywiste. Jednak o wartości filmu nie decyduje jakkolwiek długa lista cytatów, odniesień, nawiązań. Nawet jeśli znajdzie się fanatyk skłonny doszukiwać się kafkowskich motywów w rozrywkowym dziele Wachowskich, to z pewnością w Matrycy nie ma jakichkolwiek odpowiedzi na kwestie światopoglądowe na miarę tych podanych przez Kafkę.

Bowiem Matryca to wyśmienity film – znakomite kino rozrywkowe. To główna myśl mojej recenzji. Na pierwszy rzut oka proponuję coś, co jest banalne i chyba dość powszechnie przyjęte. Jednak proponuję zerknąć na dalszy wywód, bo powody, dla których uważam ten film za pierwszorzędną produkcję mogą się wydać dla niektórych trudne do przyjęcia.

Keanu Reeves – to chyba pierwsza jego rola, którą jestem w stanie bezwarunkowo zaakceptować. Wreszcie nie musiał się specjalnie silić na aktorstwo -ledwo dwiema, trzema figurami załatwiał wszystko („zdziwienie”, „zdziwienie do kwadratu”). Co do aktorstwa, to największą „stratą” była rola Morfeusza – Laurence Fishbourne – aktor wręcz porywająco odtwarzający szekspirowskiego Otella, tu w Matrycy w zasadzie nie musiał nic robić. Nie było potrzeby. Wymagano tu od niego co najwyżej umiejętności potrzebnych do zagrania roli klienta w kiosku Ruchu. Za to przypadł mi do gustu agent Smith (Hugo Wearing z Australii). Rola spójna i konsekwentnie poprowadzona – ze znakomicie dopasowaną twarzą: ni to mechanoida, ni to zimnego pokerzysty.

Matryca ma również jeden z najlepszych początków – pierwsze pięć minut jest porywające (scena ze złapaniem Trinity przez policję i późniejszą ucieczką wojowniczki). Dla tych pięciu minut ogląda się ten film dalej. Podobne odczucia jak w przypadku Smitha mam co do Trinity właśnie. Wachowscy nie poszli tu na łatwiznę – nie zaangażowali jakiejś piękności. Nie, żebym nisko cenił urodę Carrie-Anne Moss – wręcz przeciwnie. Twarz Trinity pasuje jak ulał do całości klimatu filmu oraz do roli, jaka jej przypadła – roli strażniczki Morfeusza. Jest silna, pełna wyrazu, a jednocześnie nie pozbawiona ukrytego uroku. Oczywiście należy mieć świadomość, że aktorce nie pozwolono na najmniejsze nawet pogłębienie psychologiczne postaci – kobiety – ochroniarza. Dla Carrie-Anne Moss będzie to mimo to zapewne rola życiowa po trzeciorzędnych „castingowych” występach w masowych produkcjach klasy C. (Bywa, że kolejne części tego typu filmów skupiają się – z braku lepszych pomysłów na kontynuację, właśnie na tych niemal drugoplanowych postaciach zyskujących właśnie wtedy swój pełniejszy wyraz charakterologiczny; ciekaw jestem, jak się to potoczy w następnych, już zapowiedzianych częściach Matrycy).

Należy odontować zestaw efektów specjalnych i ich montaż. Są wyśmienite, są oscarowe. Studio komputerowe wykonało wzorowo swoją robotę. Kierował nim John Gaeta, wzorując się na animowanych produkcjach japońskiej sztuki anime – „Ghost in the Shell” oraz „Akira”. Autorzy filmu zresztą silnie podkreślają swoje inspiracje komiksem. Widać to często w sposobie obrazowania wielu scen. Wsparte to zostaje nowatorskim warsztatem fotograficzno – komputerowym. W efekcie dostajemy zapierające dech w piersiach sceny walk i akcji. Tak ożywiono w twórczy sposób źródło – czyli kino akcji rodem z Hongkongu. Mam na myśli zarówno filmy Johna Woo jak i bajkowe projekcje z gatunku „Mortal combat”. Tu Matryca stała się bez wątpienia krokiem naprzód w historii sztuki filmowej.

Dlaczego Matryca oceniam jako wyśmienite „kino rozrywkowe”? Ponieważ to jest takie właśnie kino ubrane w płaszczyk s-f. O jego sile stanowią nie tylko: wystarczająco zwarty fabularny scenariusz, efekty specjalne, pomysły dramaturgiczne. Zwróćmy uwagę na przemyślane i znakomite tempo filmu. Nabiera ono wyrazu istotnego szkieletu konstrukcyjnego Matrycy: sceny pościgów, walk itd. są przeplatane etapami powolnej narracji. Matryca jest silna jako produkt marketingowy. To jej siła podstawowa – jeśli nie jedyna (poza efektami specjalnymi). Otóż film ten zwrócił uwagę widzów, bo został opatrzony dogłębnie przemyślaną kampanią wizerunkową. Ten film jest silny swoją urokliwą modą – skórzane stroje, okulary, buty, uczesanie, gadżety (np. telefony). Nie wwywoływano tu przed debiutem filmu nachalnej manii jak w przypadku „Parku Jurajskiego” czy „Gwiezdnych wojen”. Nie – to był dopiero skutek. Subtelna powłoczka mitotwórcza – imiona bohaterów i nazwy miejsc (Syjon) odwoływały się do potocznej świadomości bądź to religijnej, bądź ideologicznej. Wspólnie z okularami Blinde Optics stworzyło to podziwu godną i niepowtarzalną mieszaninę. Teraz wystarczy założyć odpowiednie okulary, powiedzieć sobie w duchu „Matrix has you” i już można pędzić na złamanie karku swoim pojazdem wstęgą szos czując się jak Neo (sam tak robię!). To właśnie szczerze podziwiam w filmie Wachowskich. Ten szczególny melanż potocznych skojarzeń, języka cytatów i mody.

A wspomniana mieszanka jest zadziwiająca: Morfeusz, Trinity, Neo, Cypher, Nabuchodonozor, Syjon – w zestawieniu z okularami Blinde Optics, obuwiem AirWalk, czy telefonią cyfrową Nokii. Zaiste: Matryca to pewien wzór (sic!), idol świata nuworyszy i yuppies.

W zasadzie w tym punkcie mógłbym zakończyć moją ocenę, gdyby nie nadużycia interpretacyjne wielu komentatorów i recenzentów. Oto bowiem szacowny magazyn Kino (nr 12/99, str. 26-28) opublikował esej – recenzję autorstwa Jerzego Prokopiuka „Matrix – świat gnostycki. (Drążenie tła)”. Gdzie Prokopiuk usiłuje nobilitować film Wachowskich do roli dzieła religijno – światopoglądowego. Zatem rodzi się pytanie: czy Matryca to film religijny?

Gnostyk Prokopiuk

Autor opracowania „Matrix – świat gnostycki” stara się przekonać, iż omawiany film stanowi wyraz idei gnozy i gnostycyzmu. Dokonuje tego poniekąd na dwoma drogami. Po pierwsze wskazuje, że Wachowscy stawiają podobne pytania i bazuje na podobnych motywach, co znane z historii ideologie, religie i sekty gnostyckie. Tu głównie ma chodzić o wierzenia rodem z Indii, gdzie świat jest pojmowany jako maya – kosmiczne złudzenie, sen życia; odróżniany od skrytej za nim głębokiej i podstawowej rzeczywistości (najczęściej boskiej). W bliższej artykulacji – Matryca ma czerpać ideowo z antycznego gnostycyzmu: głównie w postaci manicheizmu i jego odmian (np. kataryzmu). Matryca ma wedle Prokopiuka zawierać właśnie te same pytania, które ideologicznie napędzały gnozę manichejską – np. pytanie o naturę postrzeganej rzeczywistości, rolę człowieka w całości bytu kosmicznego, czy strukturę duchowości ludzkiej. (Celowo ograniczam się – za Prokopiukiem – do sfery ontycznej i poznawczej, na boku pozostawiając historycznie ważne dla gnozy motywy religijno – moralne)

Co do tej „gnostyckości” filmu, o którym mowa, to wypada mi się zgodzić. Jednak stanowczo odmawiam zgody na rzekomą „głębię” tych motywów w wykonaniu K. Reeve”sa i ekipy z Syjonu. W pewnym sensie taka sama motywacja daje się bez wysiłku odnaleźć w każdym na serio zrobionym filmie obyczajowym. W Matrycy są bodaj tylko dwie sceny wprost stawiające „gnostyckie” pytania – podczas pierwszego spotkania (jeszcze wtedy Thomasa Andersona z Morfeuszem oraz – tu już pośrednio – w czasie wizyty Neo u kuchennej wróżki. Zatem według mnie, nie ma tu nic specyficznie gnostyckiego. To standardowa procedura uniwersalizująca scenariusz – mówię o stawianiu „poważnie brzmiących” pytań zabarwionych światopoglądowo.

Prokopiuk w swoim wywodzie prowadzie jednak drugi łańcuch argumentacji za „gnostycyzmem” Matrycy. Otóż doszukuje się i prezentuje kilka analogii między strukturą religijno – światopoglądową gnostycyzmu a budową i funkcją poszczególnych figur – postaci z omawianego fimu. Moim zdaniem jest to silniejsza strona całego eseju Prokopiuka. Bez wątpienia mamy tu odwzorowanie gnostyckiego przekonania o warstwowej, hierarchicznej budowie jaźni. Morfeusz i jego towarzysze – a potem zapewne także Neo – są egzemplifikacją „wyższych jaźni” w przeciwstawieniu do „jaźni niższych” istniejących w wirtualnym świecie Matrycy. Jaźnie wyższe są realne, zaś niższe pozorne i relatywne. Neo, Morfeusz to – wedle terminologii gnostyckiej – „pneumatycy” (my zaś – żyjący w świecie Matrycy – w konkluzji zwycięstwa Neo możemy stać się „psychikami”, czyli słuchaczami, wiernymi, uczniami).

Bez wątpienia mamy też w Matrycy analogię gnostyckiego Zbawcy w osobie Wybranego – Neo (aka Thomasa Andersona). To on może wyzwolić psychików ze zwodniczego świata Matrycy. Jest tu także analogon Jana Chrzciciela w postaci Morfeusza – to on przeprowadzi Neo przez ciąg doświadczeń uświadamiających temu ostatniemu jego Misję. (Choć specyficzna „gnostyckość” tej figury – metafory jest słaba: wątpię, czy sensownie daje się odnieść do historycznie znanego przekazu o nauce Maniego. To jednak – jako ściśle religioznawcze – pozostawiam na uboczu.)

W zasadzie Prokopiuk sugeruje też inną analogię. Analogię hierarchii bytów po stronie Matrix – sama Matryca ma być gnostyckim Demiurgiem – sprawcą kosmicznego złudzenia, w którym żyją psychicy; natomiast figura agenta Smitha ma być odpowiednikiem o szczebel niższego bytu – archonta.

Jednak w tym punkcie chcę się sprzeciwić. Otóż jakoś mam kłopot z pojęciem tego odróżnienia bytów – Matrycy i jego niższej emanacji: strażników, agentów. Przecież ich eliminacja w wyniku walki wydaje się równać nieomal naruszeniu integralności samej Matrycy. W języku technologii to jakby Neo poznał hasło dostępu do systemu operacyjnego, do Matrycy. Bowiem przestała być ona przeszkodą w dotarciu do innych psychików. Taka jest przynajmniej wymowa ostatnich kadrów filmu Wachowskich.

Pozostaje do omówienia ostatni „gnostycki” – już w sensie ścisłym – walor Matrix, czyli jedność wiary (pistis) i poznania (gnosis). Jak sądzę, jest to jeden z głównych motywów skłaniających Prokopiuka do użycia zaproponowanej „gnostyckiej” interpretacji Matrycy.

Owszem – Morfeusz wielokrotnie (głównie podczas treningu – w interpretacji Prokopiuka: procesu przebudzania się Wybranego) powtarza Neo, aby ten nie myślał, kim jest, lecz aby nim był. Morfeusz jest przekonany, iż jeśli Thomas Anderson uwierzy w swoje rzekome bycie Wybranym – stanie się nim. Anderson przeistoczy się w Neo. Zdaniem autora omawianego artykułu „synteza pistis i gnozy” – czyli wiary i wiedzy musi być uzupełniona („przeniknięta”) Miłością. Ten motyw ma być realizowany przez uczucie Trinity do Neo – a w szczególności pocałunek przywracający Neo do życia.

Z mojego punktu widzenia mogę tylko wyrazić podziw dla Prokopiuka za jego zdolność ubierania banału w górnolotne teorie. Bo czyż można znaleźć bardziej kiczowatą scenę niż właśnie przywołana scena pocałunku? Przecież to najsłabszy moment filmu – typowy dla Hollywoodu wyraz słabości Wachowskich: przedobrzyli zabijając Neo i musieli jakoś wybrnąć. W tej sytuacji pozostał tylko deus ex machina -rewitalizujący pocałunek Trinity. Kiczowata realizacja motywu bajki o śpiącej królewnie.

Zgadzam się z Prokopiukiem, iż pistis i gnosis w historycznie znanych religiach gnostyckich stanowiły istotne modi epistemologiczne. Ale w niczym nie pozwala to argumentować za gnostycyzmem Matrix. Przecież lwia część kinematografii amerykańskiej odwołuje się do tego motywu: „jak nie uwierzysz w siebie, nie wygrasz”, „staniesz tym, kim chcesz, jeśli w to dość mocno uwierzysz” (aby poprzestać przy potocznych wysłowieniach). W niczym szczególnym nie wyróżnia to Matrycy. Matryca jest gnostycka o tyle, o ile gnostycka jest cała popularna kultura amerykańska.

W omawianym argumencie Prokopiuka jest jednak jeszcze jeden pokład sensu – to on pozwala temu autorowi zakończyć swój artykuł stwierdzeniem „film „Matrix” to film gnostycki – entuzjastyczna wizja nadziei w „czasie marnym””. Sądząc po całym omawianym wywodzie, można to rozumieć tylko dosłownie. Matryca ma stanowić („w tle”) wyraz wiary niosącej nadzieję. To prawda, że film jest ogólnie optymistyczny (choć nie „entuzjastycznie”). Jednak z pewnością nie jest zasobnikiem, ani potencjalnym źródłem jakiejkolwiek wiary niosącej nadzieję! Z motywacji obecnej -według mnie w Matrycy nie wyrośnie żadna religia, ani nadzieja. To tylko i aż wyśmienity film rozrywkowy. Nikt poważnie nie będzie fundował Kościoła ani nawet sekty z telefonem komórkowym lub butami AirWalk na ołtarzach. To prosta konstatacja. Sprowadza ona jednocześnie do absurdu cały tok myślowy z artykułu Prokopiuka.

Życzę miłej zabawy podczas oglądania tej – pierwszej na razie – części Matrycy. Jednak odradzam noszenie ciemnych okularów podczas mszy w kościele – nawet jeśli są zaprojektowane przez kreatorów z Blinde Optics. Ludzie… obudźcie się…

maj 2000r., Bartkowi Osadnikowi

Share on Facebook

Jeden komentarz

  1. kom2 napisał(a):

    ..szary człowiek spojrzał na film i wytłumaczył sobie z łatwością że też jest szary. dobrze że nie wszyscy są szarzy – dzięki temu powstają takie filmy.

Dodaj swoją opinię

Copyright © camera-obscura
autorskie recenzje filmowe | Krzysztof Kudłacik

Zbudowany w oparciu o Notes Blog Core
Powered by WordPress