Nici z kontaktu

To film w zasadzie nieudany. Jego autorzy postawili sobie cel, który był/jest poza ich zasięgiem. O „Kontakcie” Zemeckisa mówiono różne rzeczy. Zaczęło się od zachwytów, że to poważne dzieło stawiające fundamentalne egzystencjalnie kwestie. Począwszy od konfrontacji nauki i wiary, przez problem istnienia Boga, aż do fundamentów współczesnej nauki. Potem postawiono bardziej wyważoną ocenę wskazującą na nie tyle zabawę konwencjami, co ich nielogiczne zestawienie. Ja jednak myślę, że jest jeszcze (sic!) gorzej.

Samo zestawianie rozmaitych konwencji nie daje pożądanego efektu – zamiast barwności i pełniejszej perspektywy otrzymujemy niskiego lotu eklektyzm. Jego skutkiem jest wysunięcie się na pierwszy plan niezborności całego filmu. Szczególnie rażące jest to w motywie tajemniczego multimilionera, który de facto działa ja deus ex machina! Inny przykład. Kuszący motyw socjologicznej (socjotechnicznej) zbieraniny ludzkiej gromadzącej się wokół obserwatorium, został zaprzepaszczony. Jedyne, co się ostało to szaleniec „religijny”, który posłużył jako wytrych otwierający głównej bohaterce drogę do gwiazd.

Tu jeszcze inne spostrzeżenie. Nasza bohaterka jest całkiem bezradna – bezradna, choć osobiście zdeterminowana. Akcja filmu i losy Ellie Arroway (genialna rola Jodie Foster) są istotnie determinowane wyłącznie przez ingerencje spoza niej samej. A to grant przyznany zostaje tylko dzięki niewidzialnemu multimilionerowi, a to okazja do podróży międzygalaktycznej tylko dzięki religijnemu samobójcy. Z mojego punktu widzenia wolałbym, aby zamieniło się to w spiskową teorię dziejów. Owszem, poznawczo jałową, ale zabawną.

Powiadano, że „Kontakt” stawiał fundamentalne kwestie światopoglądowe. Nic bardziej fałszywego! Owszem, bohaterowie pytają się co pięć minut, czy wierzą w Boga oraz co lepsze: religia czy nauka? Ale zaiste nic z tego nie wynika. Ani dla rozwoju fabuły, ani dla widzów. Fabuła zyskałaby na tym gdyby prowadziło to do przewartościowań postaw głównych postaci. A według mnie tak się nie dzieje. Oboje pozostają przy swoich poglądach: on – Palmer Joss (słabiutki występ Matthew McConaughey) – religijny, ona scjentystka i ateistka. Nie popycha to do przodu akcji – wątek główny i motor akcji nie jest osadzony na osi sporu nauka vs religia. Główny watek ma w moich przekonaniu charakter meczu sportowego: czy obcy przyślą jeszcze jakąś wiadomość? Czy jeszcze kogoś zabiorą do siebie? Czy się pokażą?

My, widzowie nic nie mamy ze stawianym z maniakalnym uporem pytań o Boga, bo brak w „Kontakcie” jakichkolwiek ODPOWIEDZI. Nawet tych błędnych i na nic nam nie przydatnych. Po prostu: marność i tylko marność.

Dodam jeszcze i to. Film Zemeckisa męczy swą polityczną poprawnością. Jest wręcz nachalny płytkim i prostackim freudyzmem. Spójrzmy na wątek „milczenia nieba” wobec oczekiwań młodej bohaterki. Interesuje się ona niebem i gwiazdami tylko dlatego, że dopatruje się tam siedziby zmarłych dusz – matki i ojca. Ponieważ niebo gwiaździste nad nami jest zimne, puste i milczące, więc bohaterka zostaje ateistką. Cóż za prostota! To tak jakby utracić wiarę, bo rosyjscy kosmonauci nie znaleźli Boga na Księżycu. Płytki konwenans freudowski obecny jest w samym zachowaniu Arroway – embrionalna poza w szczególnie emocjonalnych momentach.

W tym wszystkich żal mi najbardziej Jodi Foster. Jej gra w „Kontakcie” jest najwyższej klasy. Intuicyjna i ekstatyczna zarazem. Szkoda tylko, iż jest rzemiosło artystyczne musi służyć wyrażeniu tylko prostych myśli i płytkich uczuć.

maj 1998 r.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *