Glosa post mortem 1941-1996

Kilka dni temu zmarł na zawał serca Krzysztof Kieślowski. Był bez wątpienia jednym z najważniejszych twórców polskiego kina. Na czym jednak polegało jądro jego twórczości, jej reguła podstawowa? Proponuję zarys wstępnej odpowiedzi.

Kieślowski to geniusz filmu polskiego – wypada mi to powtórzyć. Ale z geniuszami właśnie warto się spierać o rzeczy fundamentalne. Dlatego w tym miejscu postaram się – dość powierzchownie na razie – zanalizować podstawy twórczości tego reżysera i przedstawić jego twórczości pewne zarzuty.

Otóż po pierwsze, jego filmy operują często wyraźnymi uproszczeniami. Poczynić tu muszę jedno zastrzeżenie: nie mamy do czynienia z uproszczeniami, które prowadzą lub ocierają się o prostactwo (nagminne nawet w najlepszych filmach amerykańskich) – „uproszczenia” u Kieślowskiego są finezyjne. Nie zmienia to w mojej opinii faktu, że często prowadzą do poważnych nadużyć intelektualnych. Dla kogoś nie dość wyćwiczonego w materii, której tyczą jego filmy, może to być po prostu fałszowanie rzeczywistości. Weźmy przykład pierwszego filmu z serii „Dekalog”. Mamy w nim konfrontację paru postaw wobec rzeczywistości. Jest postać ojca – wierzącego w zdobycze nauki, która w swej potędze rości sobie prawo do zdolności doskonałego przewidywania (np.) przyszłości. Ojciec zgodnie ze swymi przekonaniami i dobrą wolą wychowuje syna. W ten sposób obaj obliczają, że grubość lodu na jeziorku osiedlowym będzie wystarczająca, żeby bezpiecznie jeździć na łyżwach. Do obliczeń używają narzędzi matematycznych i komputera. Rachuby te jednak okazują się błędne – syn ojca scjentysty tonie w jeziorku, gdy zbyt cienki lód się załamuje. Obok ojca jest również inna postać – jego siostry. Jest to wierząca katoliczka, która nie pokłada zaufania we wszechmoc nauki, co powoduje nawet pewne napięcie między nią a jej bratem. Buduje ona swoje zachowanie wobec bratanka na zasadzie, iż do końca nie sposób pojąć rzeczywistości. Musimy zatem pozostawić miejsce na lęk, tabu czy inne sacrum, które nie dają się do końca wypowiedzieć ani obliczyć nawet najpotężniejszymi komputerami. Cały pierwszy odcinek „Dekalogu” to zwyczajna konfrontacja „mędrca szkiełka i oka” z jego przeciwieństwem (czymkolwiek ono jest). Uproszczenie o które posądzam Kieślowskiego polega na fałszywym pojmowaniu nauki. Mamy bowiem jej naiwny obraz jako gry, która jest zdolna do każdej prognozy i to prognozy prawdziwej. To jest fałszywe wyobrażenie. Współczesna nauka nie rości sobie pretensji do zupełnej prawdziwości swoich ustaleń. Jej twierdzenia to „przypuszczenia” (niektóre całkiem porządnie uzasadnione). Dla ilustracji wystarczy przytoczyć fakt, że największe autorytety współczesnej fizyki twierdzą, że w naszych czasach fizyka w celu rozwiązania swoich wewnętrznych dylematów (o teoretycznym charakterze, zaznaczmy) po pouczenia powinna sięgnąć do mistycznych ksiąg dalekowschodnich religii i sekt. Kieślowski natomiast podaje do wierzenia odbiorcom swoich filmów obraz nauki, który być może jest przydatny w kursie fizyki dla licealistów. Jest to w istocie obraz nauki z końca XIX wieku. Obecnie jest to błędny obraz.

Po drugie, mam podejrzenie, że Kieślowski bliski jest poglądowi jakoby normy moralne były pochodne do norm estetycznych. Polega to na tym – mówiąc oględnie – iż dobre jest to, co jest piękne. Zgodnie z tym, Bóg byłby estetą. Dobre byłoby to, co Jemu się podobało. Bez wątpienia taki obraz można znaleźć w pięknym filmie „Podwójne życie Weroniki”. Ten film przypada na okres, kiedy powstał „Dekalog”. Film „Podwójne …” bezpośrednio poprzedzał czas powstania „Dekalogu”. To może być fakt znaczący. Ale sama zbieżność czasowa to słaby argument za tezą, iż „Dekalog” skłania się ku wyżej opisanemu estetyzmowi. Mam lepszy – słowa samego Kieślowskiego. Reżyser w swoim ostatnim przed śmiercią wywiadzie (dla młodzieżowego pisemka „Incipit” – przedruk w „Gazecie Wyborczej” z 23/24.03.1996r.) powiada o swoich filmach: „To tylko rozmowa … albo wymiana wrażeń, albo wymiana nastroju” [podkr. K.K.]. Zatem „wrażenie” lub „nastrój” to bez wątpienia fundament twórczości Kieślowskiego. Jest on estetą: nieco dalej stwierdza o treści swoich filmów, że przekazują one – bardziej niż konkretną historię – pewne „emocje”. „Podwójne życie Weroniki” jest (śmiem twierdzić) filmem bez żadnej treści – to po prostu transmisja nastroju właśnie. I owszem – zrobiona na poziomie niedostępnym dla większości reżyserów. „Emocja to też historia” – stwierdza Kieślowski. Jego filmy mają wywoływać – i same operować – „poczuciami” np. poczuciem nienawiści czy miłości. Wypada się z tym zgodzić, lecz redukcja treści intelektualnej prowadzonej fabuły wyłącznie do poziomu emocji i odczucia jest zwyczajnym zubożeniem. A tego nie akceptuję, bo wydaje mi się że jest to sztuczka mająca ukrywać pustosłowie. Jak się nie ma nic do powiedzenia, to maluje się emocjonalny obrazek. Innymi słowy – wątpię, czy emocja to też historia.

Reasumując – na przykładzie dwóch sztandarowych filmów Kieślowskiego zarysowałem generalne kierunki krytyki, którą można wytoczyć wobec twórczości tego wielkiego reżysera. Mam nadzieję, iż w następnych odsłonach będę miał okazję bliżej zanalizować inne – skądinąd – wybitne dzieła filmowe Krzysztof Kieślowskiego.

1996/1999

Share on Facebook

Dodaj swoją opinię

Copyright © camera-obscura
autorskie recenzje filmowe | Krzysztof Kudłacik

Zbudowany w oparciu o Notes Blog Core
Powered by WordPress