Easy rider

Od kilkunastu lat, czyli od czasu pierwszego obejrzenia – aż do teraz obstawałem przy powszechnym mniemaniu, że „Easy rider” to kultowy film epoki „dzieci kwiatów” (powstał w 1969r.). Miało tak być, ponieważ film Denisa Hoppera zawierał ponoć esencję ideologii hippisów. Teraz uważam, iż „Easy rider” jest daleki od wiary w idee hippisów. W zasadzie jest przeciwnie.

Na pierwszy rzut oka można sądzić, że opowieść o dwóch wagabundach podróżujących przez Stany do Nowego Orleanu na festyn Mardi Gras mocno już zalatuje naftaliną. Niedawno obejrzałem ten film ponownie. I doszedłem do wniosku, że nie jest tak źle: „Easy rider” nie zestarzał się przez te prawie trzydzieści lat. Ma nawet pewien potencjał rozwojowy. Owszem, jest to przedsięwzięcie poniekąd prywatne – pary D. Hopper (reżyser) i Peter Fonda (producent i wraz z tym pierwszm scenarzysta). Pomimo niskiego budżetu i dość archaicznych środków wyrazu, film o którym mowa, nadaje się dla współczesnych widzów.

Dlaczego ” Easy rider” wydaje mi się w dużej części anty-hippisowski? Powód główny to różnica w charakteru – „dzieci kwiaty” żywili optymistyczną wiarę, wierzyli w utopię, która się spełni. Hopper z Fondą nakęcili dzieło przeniknięte rezygnacją i pesymizmem. Nie widzę nawet podstaw, aby stwierdzić, iż opisują oni udaną realizację ułudy hippisowskiej, która wskutek jakichś wrażych działań obraca się w ruinę. Billy (D.Hopper) – w jednej ze scen – zapytany, czy jest hippisem, zaprzecza: „nie jestem hippisem, ale lubię hippisować”. Główni bohaterowie tego filmu drogi zachowuja się pozornie jak mieszkańcy komuny hippisów, lecz nimi nie są. Nosza długie włosy, jeżdżą motocyklami, śpią pod gołym niebem, ćpają – lecz dla nich to moda, a nie treść życia. Bardziej przeszkadza to Billemu niż Wyattowi. Ten pierwszy wizyte w komunie traktuje jak wizytę w skansenie w którym można się dobrze zabawić. Wyatt próbuje być miły i otwarty na inność, ale przychodzi mu to z niejakim trudem. Swobodni jeźdźcy żyja innym czasem – po prostu podróżują, mają pewien ogólnu terminarz (zdążyć na festyn w Nowym Orleanie). Czas jeźdźców jest jak ich droga – prowadzi ich przed siebie do celu (jakkolwiek określonego/nieokreślonego); czas hippisów jest jak oni: nieokreślony, haotyczny i zamknięty. Hippisi – dobrze to widać w postaci Jesusa – żyją wg czasu na kształt koła: zasiew, troska i oczekiwanie, a potem żniwa. Podróż z Jesusem i wizyta w komunie to drugi dowód na anty-hippisowską wymowę „Easy rider”. Wspaniała jest tu rozmowa motocyklistów z Jesusem. Z ich strony padają proste i konkretne pytania, zaś jego odpowiedzi budzą w Billu wrażenie, że Jesus kpi z niego („pochodzę z MIASTA, wszystkie miasta są takie same”). Stosunek autorów filmu do hippizmu zostaje skwitowany scenami z komuny. Jej mieszkańcy zostają przedstawieni jako grupa naiwniaków, pozbawionych pojęcia o tym, czym się zajęli (rolnictwo) i wirzących w pół-pogańskie zabobony. Chociaż „Easy rider” został nakręcony w czasie rozkwitu ruchu hippi (1969r.), to film wytyka ułomność jego podstaw. Nie da się sensownie zlikwidować prawa do własności i posiadania – z czegoś przeciez trzeba wyzywić komunardów (tu perełka: dialog o tym, jak jedna z dziewczyn broni przed innymi hippisami ostatnich kilogramów mąki – dla mnie jeden z najlepszych fragmentów filmu). Obaj nasi bohaterowie wyruszają w swoją podróż z grubszą gotówką, którą ukrywają – także przed „dziećmi kwiatami” – w baku motocykla. Oni są z innej rzeczywistości.

Wypada zapytać: czego szukają swobodni jeźdźcy? Nie szukają realizacji utopii hippisów. Są jednak outsiderami wobec społeczeństwa amerykańskiego. Dystans wobec „systemu” manifestują strojem, fryzurą i sposobem bycia. Bez wątpienia zerwali z dotychczasowym stylem życia. Postawione wyżej pytanie dręczy chyba także Billego i Wyatta. Nie maja na nie gotowej odpowiedzi. W jej poszukiwaniu sięgają po narkotyk. Ale wywołane w ten sposób wizje tez nie przynoszą oczekiwanej odpowiedzi. Są równie nonsensowne i płytkie, co miraż hippiowskiej wolności (idea matki i związku z nią we wczesnym dzieciństwie, daremne oczekiwanie macierzyństwa, odstępstwo od religii – itp. Wątki prostackiej psychoanalizy). Uświadamia to naszym bohaterom, że ich oczekiwanie wolności okazało się jałowe. Bo szukają oni właśnie wolności. Nie jest to wolność jako zespół warunków. Nie jest to wolność drobnomieszczaństwa – dom, samochód, żona, pieniądze; nie jest to wolność drogi – swoboda przemieszczania się, narkotyki, wpólnota komuny hippisowskiej. Ale jest to poczucie wolności, jej przeżycie. Swobodni jeźdźcy nie czują się wolni ani w systemie, ani w komunie hippisów ani w narkotykowych wizjach.

Ze swojej strony chcę dodać, że nie mogę pozbyc się wrażenia, iż bohaterowie „Easy rider” byli bliscy swego celu właśnie na początku swojej wyprawy – podczas wizyty u farmera.

Wcześniej pisałem, że „Easy rider” niesie pewien potencjał rozwojowy. Miałem na myśli możliwość nałożenia na ten materiał nowych interpretacji. Otóż wydaje mi się, iż film Hoppera to krytyczna diagnoza amerykańskich ideałów i amerykańskiej rzeczywistości. Nie jest to jakoś specjalnie rozwinięte ideologicznie czy politycznie. Niezadowolenie Wyatta i Billy”ego ma podłoże egzystencjalne. Z dotychczasowego życia wyrzuciła ich jego pustka. Żeby żyć, trzeba jakiegoś celu lub świętości, źródła do którego można powrócić. Niczego takiego – jak się domyślamy – nie było na początku, ani nic takiego nie udało im się spotkać w podróży. A co spotykają? Zdegenerowanego George”a Hansona (Jack Nicholson), syna bogatej rodziny z Południa. Stara arystokracja niczego już jednak nie wnosi, zaś jej potomek – Hanson, sam szuka u motocyklistów celu swego życia. Religię spotyka los kościołów w których zakłada się burdele. Cmentarze pozbawione swego tabu zamieniają się w miejsca schadzek narkomanów. Ogląd prowincji amerykańskiej natomiast nie pozostawia wątpliwości: bród smród i ubóstwo (nade wszystko umysłowe). Do tego paranoiczny lęk przed wszystkim, co obce – lęk rodzący agresję. Ofiarami tej bezmyślnej agresji pada najpierw Hanson, a potem Kapitan Ameryka wraz z Billy”m. Ich śmierć jest istotnie przypadkowa: jak spotkanie z ich zabójcami.

Tak postrzegam „Easy rider”. Powtórzę, iż film Hoppera broni się po 29 latach od nakręcenia. Dlatego przez palce wypada spojrzeć na jego wady – niejednolity rytm narracji (dłużyzna w pierwszej godzinie) i niekonsekwentnie eksponowany i eksploatowany wątek wizji przyszłości, które ma Wyatt. Zauważmy na marginiesie, że wątki gnuśności egzystencjalnej pokazane z genialną intuicją w filmie o którym mowa, poddane zostały twórczej obróbce przez choćby Jima Jarmusha, czy braci Cohen. W tej tradycji Hopper z „Easy rider” ma poczesne miejsce.

sierpień 1998 r.

Share on Facebook

Dodaj swoją opinię

Copyright © camera-obscura
autorskie recenzje filmowe | Krzysztof Kudłacik

Zbudowany w oparciu o Notes Blog Core
Powered by WordPress