Diabeł jest człowiekiem

„Adwokat diabła” to film błyskotliwy i przemyślany. Efektowny i efekciarski zarazem. Poparty wirtuozerską grą Ala Pacino. Zawiera kilka intrygujących wątków. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, iż to zgrabne i błyszczące opakowanie jest puste w środku.

Rozumiem dobrze przyjętą dla tego filmu konwencję bajkowo-fantastyczną. To pewna zabawa i rozrywka posiłkująca się postacią diabła jako – tu dosłownie – wcielonego zła. Rozumieją to autorzy filmu i widzowie. Przyznać także trzeba, że nie obraca się to w tani odpustowy kicz – diabeł nie ma rogów, kopyt i ogona. Jak na standardy amerykańskie dowodzi to pewnej inteligencji. Przecież Milton okazuje się upadłym aniołem.

Inny dowód na inteligencję tej produkcji stanowi fakt, że nie ma w niej jakiejś krwawej jatki urządzonej przez szatana na jego wrogach. Morderstwo dyrektora firmy adwokackiej „Milton, Chadwick & Waters” w miejskim parku to zaledwie kolorystyczny epizod. Diabeł w filmie o którym mowa, działa w dość tradycyjny (biblijny) sposób: żeruje na ambicjach i żądzy pieniądza. Intryguje go przede wszystkim sfera ducha, choć jednym z pomostów do tej sfery jest pożądliwość ciała. Ten właśnie balans na granicy ciała i ducha to zadowalająco poprowadzony wątek. Wyrażone to zostaje wyrafinowaną zmysłowością kobiet i mężczyzn, złudzeniami żony Kevina Lomaxa (Keanu Reeves) – Mary Ann, czy poklatkowym montażem przemijania pór dnia i nocy. Swój niebywały warsztat aktorski pokazuje tu Pacino. Jego mimika jest mistrzowsko wyrafinowana. Pomimo swojego dojrzałego wieku odciśniętego na twarzy już wyraźnie, potrafi przeistoczyć się w osobę o iście szatańskiej witalności.

„Adwokatowi diabła” przypisać wypada także pewną otwartość i odwagę. Skierowany przecież do amerykańskiego (zamerykanizowanego) widza, wprost i bez ogródek wskazuje źródło błędu (tak, „błędu”, a nie „grzechu”) w gloryfikacji sukcesu za wszelką cenę i w kulcie pieniądza. To dość śmiałe przesłanie do społeczeństwa konsumpcyjnego. Oczywiście przez swoją bajkową formę jest łatwe do przyjęcia i zapewne nie zapada trwale w pamięć. Tym bardziej, że film Taylora Hackforda nie ma celu misyjnego, a tylko rozrywkę.

„Najbardziej lubię wykorzystywać ludzką próżność” – powiada Milton-diabeł. I tak się właśnie dzieje. Lecz próżność to tylko początek – drobna słabość, ale z ogromnym potencjałem rozwojowym. Dla diabła ważne jest, że każdy z nas w jakimś stopniu okazuje próżność. Potem przychodzi chęć sławy i wybicia się – kariery. To przyczyna zguby (?) głównego bohatera – Lomaxa. Wystartował w wyścigu szczurów i poszedł w tym do końca. Milton wyśmienicie pokazuje, jak diabeł potrafi grać na ludzkich potrzebach i oczekiwaniach. Oczywiście są to sprawy zindywidualizowane – Lomax chce wygrywać procesy bez względu na winę lub niewinność swoich klientów, Mary Ann – jego żona – chce zostać matką i żywi podświadomą obawę czy jest do tego zdolna. W istocie, cel ludzkich potrzeb i oczekiwań (sukces, macierzyństwo itp.) wydaje się nie mieć tu zasadniczego znaczenia, bo wszystko można obrócić na korzyść szatana. Nie zmienia to jednak faktu, iż chęć sukcesu i próżność to proste ścieżki na zatracenie.

Inny rys główny szatana-Miltona to jego inteligencja lub spryt. Nie czyni on z ludzi powolnych mu marionetek. Nie jesteśmy zdeterminowani, aby czynić zło. Diabeł zaledwie (lub aż) konstruuje misterną siatkę warunków do czynienia zła. To właśnie go bawi: maestria budowania pułapek i oczekiwanie, jak my sobie z nimi poradzimy. To prosta konsekwencja tego, iż jest on mistrzem gry psychologicznej. Ale do pełnego sukcesu szatana potrzebna jest ludzka wolna wola. W pewnym ważnym znaczeniu tylko my czynimy zło. Dzięki wolnej woli Kevin (rzekomo) może przeciwstawić się diabłu. Wolna wola wydaje się być istotą człowieczeństwa. Szatan bez wolnego człowieka jest zaledwie upadłym aniołem.

Jednak pomimo tego szeregu zalet film Hackforda jest przeciętnym egzemplarzem rozrywkowej zabawki. Po bliższym przyjrzeniu ta zgrabna konstrukcja wykazuje niedociągnięcia. Oto ważniejsze z nich. Pacino od ładnych kilku lat jest w oskonałej formie. Także w tym filmie jest najwyższej klasy profesjonalistą. Tego samego nie da się powiedzieć o jego głównym partnerze – Keanu Reeves ma jeszcze sporo nauki przed sobą. To właśnie widać dobitnie w „Adwokacie diabła”. Druga wada filmu o którym mowa, to sprawa wolnej woli. Jak już wskazałem, bez tego pojęcia (a zarazem siły sprawczej) nie sposób utrzymać roli diabła. I to jest zgodne z podstawowymi kanonami cywilizacji judeochrześcijańskiej. Człowiek musi być wolny zarówno do czynienia dobra, jak i do czynienia zła. Lecz czemu służy wolna wola na przykładzie Kevina Lomaxa? Lomax najpierw idąc za jej wewnętrznym głosem przyjmuje propozycję Miltona i pracę w „Milton, Chadwick & Waters”. A następnie – w finale, używa wolnej woli w konfrontacji z szatanem. Ale jedyne co robi, to prosty odruch – samobójstwo. W mojej ocenie jest to na poziomie reguły „na złośc mamie odmrożę sobie uszy”. Samobójstwo jest wyjściem najprostszym, choć rzeczywiście może być manifestacją wolnej woli. Desperacki akt Kevina jest pusty, bo nie odwołuje się do żadnej wartości, do żadnego dobra. Jednocześnie jestem przekonany, iż autorzy filmu byli blisko rozwiązania tego problemu. Zwróćmy uwagę, jak Milton kusi Lomaxa? „Uwolnię cię od poczucia winy – zrzucę z twych ramion ten ciężar” – mówi. Otóż nasza wolność – używanie wolnej woli – musi zakładać poczucie winy. Dla Lomaxa jest to głownie poczucie winy za samobójczą śmierć żony i za brak porozumienia z matką. Diabeł może sprawić, że błyskotliwy adwokat przestanie mieć wyrzuty sumienia – nie będzie miał poczucia winy i tym samym będzie zdlony do przejścia na stronę szatana. Poczucie winy jest barierą oddzielającą nas od Zła. Tyle twórcy filmu.

Ale czy to rozwiązuje dylemat wskazany wyżej? Nie. Owszem, jest zgoda, iż wolna wola i poczucie winy (wrażliwe sumienie) idą w nierozdzielnej parze. Ale to nie wszystko, bo wina zakłada odpowiedzialność. A ta ostatnia musi mieć u podstawy wartość. Odpowiedzialność polega na gotowości do jej ponoszenia za coś. Mogę się czuć winnym tylko jeśli nie dopełniłem jakiegoś swojego obowiązku czy powinności lub wypełniłem je źle. Tak wysławiam podstawowy dylemat filmu „Adwokat diabła”. Lecz autorzy tego obrazu pozostali ślepi na ten problem. Dowód? Oto on: Kevin nie jest – i to potwierdza sam szatan – marionetką – nawet w samym finale! Zatem dlaczego się zabija? Gdyby wybrał życie, wybrałby życie ze świadomością tego, iż jest synem Miltona-diabła (sic!). I powstrzymując się wtedy od czynienia zła, ponosiłby ogromną i rzeczywistą odpowiedzialność za świat. Ale do tego nie dochodzi. A zatem „Adwokat diabła” rozmija się z tym, co jest najbardziej intrygujące.

Mam jeszcze jedno spostrzeżenie. A mianowicie: czy diabeł jest zły czy tylko szkodliwy? Film T.Hackforda świadczy o tym, że szatan jest tylko szkodliwy. W moim przekonaniu to konstytutywna cecha kultury zachodniej w amerykańskim wydaniu. Jest to bowiem kultura świecka już pozbawiona aksjologicznego kręgosłupa dominującej religii. Odnotujmy, jak Lomax broni swego pierwszego klienta – szamana dokonującego rytualnego uboju zwierząt. Przyrówuje jego praktyki do spożywania Eucharystii przez katolickiego kapłana. To właśnie zwraca uwagę Miltona – Bóg został sprowadzony do poziomu bóstwa totemicznego ludów pierwotnych. To ostatecznie przekonuje Miltona, że Lomax to dobry kandydat do pracy w jego firmie. Innymi słowy, diabeł to postać z bajek lub niedzielnej szkółki. Z naszego swojskiego punktu widzenia, jego rola to złośliwy chochlik, a nie władca złych duchów. W filmie o którym mowa, przybiera on postać gościa, który może zagrozić karierze, ale nie jest groźny dla naszego sumienia. Ja widzę w tym podstawowy brak „Adwokata diabła”. Jednocześnie uogólniam to na stan umysłowości wyrażanej w kulturze Ameryki. Zgodnie z tym, diabeł ma charakter inteligentnego psychoanalityka, który przenika tajniki naszej psychiki i pomaga pozbyć się poczucia winy. Jednak dominującym rysem charakteru człowieka jest chęć dominacji i zysk. Owszem, Milton-diabeł przywołuje Boga, któremu zarzuca stanie na uboczu wobec kolei ludzkiego losu oraz milczenie. Wspaniałe świątynie Ameryki są puste – Lomax: „Jestem na warunkowym zwolnieniu od religii” – a ich bywalcy to jednowymiarowe figury zdolne tylko do cytowania Biblii. Taka kultura widzi w szatanie zaledwie albo potwora-maszkarę z horrorów, albo dandysa w garniturze przebiegłego adwokata. To smutne.

Reasumując. Nie jestem zwolennikiem kina religijnego, które chce usilnie prowadzić działania apostolskie. Film Hackforda jest inteligentnie zrobiony i zagrany oraz wiele obiecuje pod względem intelektualnym. Poza pobocznymi drobnostkami to ostatnie jest jego wadą. Autorzy „Adwokata diabła” wzięli zbyt duży ciężar na swe ramiona. A postawionego sobie zadania nie byli w stanie zrealizować. Łączy mnie z nimi tylko jedno – przeświadczenie, że Diabeł jest wśród nas.

wrzesień 1998r.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *