Joanna dArc

Już dawno nie zdarzyło mi się oglądnąć tak udanego filmu historycznego. Udane prawie pod każdym względem – gry aktorskiej, scenografii, obsady itd. Dobrze, że trafiłem na ten film przed „dziełem” z Fabryki Snów.

Joanna grana przez młodziutką Leelee Sobieski [m.in. Deep Impact i Eye Wide Shut][ ( jest dobrana wręcz genialnie – prosta, dziewczęca uroda z dziwną iskrą – ni to święta dziewica, ni to świadoma siebie kobieta). Owszem: film jest patetyczny, ale zarazem jak najbardziej daleki od taniego sentymentalizmu. Mówi o rzeczach doniosłych.

Joanna pokazana jest jako gorliwa katoliczka – więcej: jako święta właśnie. Bo jest to film o trudzie bycia świętą. To już nie tylko kwestia wiary, widzenia, obajwienia, wizji. Film Christiana Guguay pokazuje, że jest to też kwestia polityczna i społeczna. Joanna jest świętą – ona to wie, wie to jej rodzina, proboszcz z rodzinnej lotaryńskiej wsi, wie biskup i król (Karol VII). Na taką świętość jest zapotrzebowanie społeczne – mit zjednoczeniowy jest żywotny – trzeba go tylko ucieleśnić. Wciela go w życie Joanna. Z trudem i bólem. Jest zdeterminowana i spokojna. Choć nie zawsze skłonna do pogodzenia z losem – kiedy wyrusza w swoją ostatnią misję (szaleńcza wyprawa pod Compiegne) wie, że przyjdzie jej zginąć. Niemal płacze. A kiedy poplecznicy Anglików (Burgundczycy) łapią ją – jej pierwszym odruchem jest ucieczka.

Jedna z najlepszych scen filmu to oblężenie Orleanu (wiosna 1429r.). W szczególności kiedy ważą się losy bitwy po zranieniu Joanny angielską strzałą. Joanna jest całkowicie opanowana – objawia się jej ¦więta Katarzyna i obiecuje wyleczenie z ran. To patetyczna scena wizji mistycznej pośrodku rzeźni ludzkiej, w błocie, szczęku oręża, odcinanych kończyn i skowytu rannych i konających. Wielki kawałek kina. Właśnie przez ten kontrast – błota oblepiejącego zbroję świętej dziewicy.

Chociaż Joanna jest świętą, to nie daje jej to szczególnej pozycji społecznej, czy poznawczej. Musi się uczyć życia jak każdy inny. Uczy się polityki, uczy się manier dworskich, uczy się walczyć i nosić ciężką i nieporęczną zbroję. Jest człowiekiem z krwi i kości. Nie wynosi się nad innych – uczy się od nich. Ba, początkowo boi się im przewodzić – szczególnie wymowana jest scena, kiedy pierwszy raz musi wyjść do tłumu swoich „żołnierzy” – boi się, bo przecież to zgraja wojaków. Dopiero z czasem staje się świadoma zakresu swego społeczengo oddziaływania. Stopniow uświadamia sobie, że pójdą za nią tłumy. Zdarza się, że jej misja powoduje, iż Joanna staje się zaślepioną oportunistką i egoistką. Tak jest, kiedy w oblężonym Orleanie nie słucha rad żołnierzy i wysyła na niema pewną śmierć jednego ze swoich najbliższych przyjaciół. Popełnia błąd.

Inny aspekt filmu, który wzbudził mój szczery entuzjazm to dobre pokazanie realiów historycznych. Nie chodzi mi tu tylko o stroje i dekoracje. Te są – i owszem – starannie odtworzone. Ale chodzi mi o pokazanie swoistego splotu religii i polityki. Współcześnie mamy dość wypaczony obraz ¦redniowiecza jako epoki ciemnoty i zabobonu. A to jest nieprawda. Wystarczy wsłuchać się w pulsujące wątkami kazuistycznymi i teologicznymi dyskusje biskupa (jednego z doradców Karola VII – ponieważ nie zapisałem jego nazwiska, nie jestem pewien, czy chodzi o Jeana le Fevre, czy o Tomasza de Courcellesa. Obaj są postaciami szczególnymi: najpierw w maju 1431r. oskarżają Joannę o herezję i doprowadzją ją do spalenia na stosie, a potem biora udział w jej procesie rehabilitacyjnym – pośmiertnym.) z Joanną. Perełką jest tu pierwszy zatarg doradcy królewskiego z Joanną w trakcie przyjęcia dworskiego. Dość kłopotliwym wtedy tematem rozmów w takiej jak powyższa sytuacjach, jest z pewnością kwestia pochodzenia władzy jako takiej i relacji między władzą świecką a kościelną.

Tyle, jeśli chodzi o gorące wrażenia z seansu.

Lecz właśnie przeczytałem obszerna informację o najnowszym dziele Luca Bessona – The Messenger: The tory of Joan Of Arc (wyk.:M.Jovovich, F.Dunaway, D.Hoffman) – notka w Kinie (luty, 2000) autorstwa Grażyny Arata; recenzja pióra Andrzeja Kołodyńskiego. I po tej lekturze zrobiło mi się smutno. Otóż najpewniej film Bessona to baśń. Baśń współczesna. Przedstawiona w nim postać Joannay to pewna wizja artystyczna, zaś jej domniemana świętość jest wygenerowana przez prościutki freudowskiego pochodzenia – resentyment, chęć zemsty na gwałcicielach jej siostry. Natomiast jej „świętość” jest tylko histerią.

luty, 2000r.

Share on Facebook

Dodaj swoją opinię

Copyright © camera-obscura
autorskie recenzje filmowe | Krzysztof Kudłacik

Zbudowany w oparciu o Notes Blog Core
Powered by WordPress