Kategoria recenzje krzycha

Ucieczka do wolności

Andrieja Konczałowskiego zaliczam do najważniejszych filmów mojego życia. Rzadko który utwór stawia tak fundamentalne pytania – i co więcej – daje tak śmiałe odpowiedzi. Dzieło Konczałowskiego to gruntownie przemyślany moralitet: kino metafizyczne w czystej postaci. Obejrzałem ten film już parę razy i nie widzę jakichkolwiek jego słabych punktów: odkrywam wciąż nowe pokłady nowych znaczeń. Jest to być może efekt swoistego zespolenia – scenariusza Akira Kurosawy, rosyjskiej duchowości reżysera i amerykańskiego tempa akcji. Czytaj dalej

Share on Facebook

Tajemnice L.A.

Jak to mam w zwyczaju, nie streszczę fabuły. I tak jest bardzo skomplikowana i wielowątkowa. Całość dopiero przy końcu zaczyna się składnie splatać i prowadzić do wspólnego źródła – czyli zdeprawowanego szefa wydziału miejskiej policji. Takie jak należy mniemać, było zamierzenie scenarzysty oraz reżysera. Doprowadzili je konsekwentnie do końca. Chwała im za to. Czytaj dalej

Share on Facebook

Ludzie, potwory i listonosze

Chyba od zawsze oglądałem filmy s-f. Rzecz jasna, ich repertuar ulegał zmianie wraz z rozwojem samego widza. Ale tak dawniej, jak i dziś mam poważny kłopot przy wysłowieniu na czym polega dobre s-f? Po obejrzeniu „Wysłannika przyszłości” Kevina Costnera oraz powtórce z „Obcym – wskrzeszenie” (S.Weaver i J.J.Jeunet) łatwiej przychodzi mi wskazanie, co to jest kiepskie s-f. Czytaj dalej

Share on Facebook

Diamenty na bezludnej wyspie

Przerażający i inspirujący. Tak najkrócej można opisać „Seven” w reżyserii Davida Finchera. Obejrzałem go po raz drugi po rocznej przerwie. Jego wymowa nic w ten sposób nie została uszczuplona. Przeciwnie – wydaje mi się, że teraz jakoś pełniej do mnie dotarł. Na pewno zyskał na wieloznaczności.

plakat se7en

Czytaj dalej

Share on Facebook

Mlaskanie i kopulacja, czyli Boża podszewka

Poniżej zamierzam przedstawić swój pogląd na wyświetlany przez TVP niedzielnymi wieczorami serial „Boża podszewka”. W moim przekonaniu jego podstawową ideą jest pewna wizja człowieka i jego rzeczywistości – człowiek wyczerpuje się w doraźnym działaniu, a tym działaniem istotnym jest jedzenie i/lub kopulacja; zaś rzeczywistość ludzka (poza tym, co wyżej) polega głównie na „byciu teraz” (cokolwiek to znaczy). Ale nie jest to produkt (unikam słowa „dzieło”) stracony, wręcz przeciwnie. Oto spostrzeżenia, które skłoniły mnie do takiego widzenia tego serialu. Czytaj dalej

Share on Facebook

Picasso, Bóg, piekarz i brak kropki na “i”

Wielu z Was, Drodzy Czytelnicy, już doskonale wie, że w roli Pabla Picassa występuje tu znamienity Anthony Hopkins. I jest to w istocie porywająco odtworzona rola. Przekonuje to, że aktorzy -przynamniej niektórzy – są jak dobre wino: im starsi, tym lepsi. Ale wyznam, że sam Hopkins (nawet w tak dobrej formie), to odrobinę za mało. Brakuje w tym filmie pewnej kropki nad „i” – pewnego dopełnienia. A mianowicie: nadal nie wiem, o czym jest ten film. Bo sam popis aktorski to za mało. Czytaj dalej

Share on Facebook

Matrix. Gatunek płaszcza i okularów

Nadszedł mój czas – pora chyba odczarować film Andy”iego i Larrego Wachowskich. Gala oscarowa za nami, wiadra atramentu na napisanie recenzji już wylano. Zatem ze spokojnym sumieniem mogę się przyznać do moich ocen. Ba, odniosę się do ocen innych osób. I będzie śmiesznie. Czytaj dalej

Share on Facebook

Historia Liliany, czyli wola przeciw światu

Historia Liliany” to film w reżyserii Jerzego Domaradzkiego. Film nakręcony w Australii za pieniądze Australijczyków. Ta mieszanka dała zdumiewający rezultat. Okazało się, że można zgodnie połączyć mitologie narodową Australii, Shakspeara, wizjonerstwo, slumsy i przemyślany wątek moralny. W efekcie dostajemy poruszające dzieło filmowe.

Jeśli chodzi o mitologię narodową, to mam na myśli najbardziej zewnętrzną warstwę tego filmu. „Historia Liliany” nakręcona została na podstawie powieści, która dla Australijczyków stanowi symboliczną opowieść o wyzwalaniu się ich kraju z wasalnej zależności od Wielkiej Brytanii – Albionu. Przyrównane to zostało do uwalniania się dojrzewających dzieci od opieki i zwierzchności rodzicielskiej. W filmie Domaradzkiego osadzone to zostało na osi ojciec rodziny – dorastająca córka (tytułowa Liliana). Liliana (odtwarzana przez Ruth Crackney, specjalistę od teatralnych ról shakspearowskich) sprzeciwia się swemu ojcu – Albionowi, który jest despotą dla swojej rodziny. Albion usprawiedliwia swoją domniemaną wyższość posiadanym rzekomo geniuszem twórczym (podaje się za pisarza). W finale jednak Albion okazuje się perwersyjnym brutalem i impotentem.

Wyjściowy materiał literacki miał formę monologu wewnętrznego. Australijczycy (bodaj) dwukrotnie podejmowali próby przełożenia tego na język filmu. Bezskutecznie. Udało się dopiero Polakowi. I to jak! Specyficzny charakter narracji – monologu – został utrzymany dzięki wprowadzeniu poezji Shakspeara. Wyobraźcie sobie Państwo (o ile przypadkiem nie oglądaliście tego filmu) akcję usytuowaną współcześnie w Melbourne z aktorką w roli głównej, która co chwilę wypowiada dłuższe fragmenty dzieł dramaturga ze Stratfordu. Wszystko to w otoczeniu prostytutek, alfonsów, pacjentów zakładu psychiatrycznego i slumsów. Zaiste nie jest to film z półki kina popularnego.

Wizjonerstwo filmu jest rzeczą o wiele bardziej złożoną. Raz, mamy Shakspeara. Liliana z emfazą „wybucha” cytatami z autora „Otella”. Dla niej ma to dwojaką funkcję: stanowi komentarz do spotykających ją zdarzeń oraz jest emocjonalną ekspresją neurotycznej osobowości. Liliana po 40 latach wychodzi z zakładu psychiatrycznego. Trafiła do niego po zgwałceniu przez ojca. To on uznał, że jego córka popadła w obłęd, choć w rzeczywistości ta nie było. Po 40 latach wraca do „normalnego” świata, ale wie, iż owa normalność jest relatywna – „boży obłęd” tkwi niemal w każdym z nas (scena z przypadkowym taksówkarzem granym przez samego reżysera), trzeba tylko odpowiedniego bodźca do jego wyzwolenia. Takim bodźcem ma być Shakspear. Dzięki niemu Liliana trafia do serc innych pacjentek, a teraz usiłuje dotrzeć do jądra człowieczeństwa ludzi spotykanych na ulicy, w autobusie czy taksówce. Pamiętajmy także, że geniusz ze Stratfordu jest znakiem sprzeciwu wobec jej ojca (sic! Australijczycy widzą w Shakspearze oręż do wyzwolenia się z wpływów Anglii). To Albion zakazał jej tej lektury. Uznał, iż Liliana jest za głupia, aby obcować z geniuszem. „Dzieła zebrane” Shakspeara utonęły w morzu. Ale Liliana już nie potrzebowała materialnego nośnika – ją interesowała idea zawarta w twórczości stratfordzkiego poety. Książkę można zniszczyć – jest ona tylko zjawiskiem, wyrazem tego, co naprawdę realne: idei. Tu właśnie – w jakże bolesny dla siebie sposób – bohaterka filmu Domaradzkiego pojęła odróżnienie zjawiska od istoty rzeczy.

Tak dochodzimy do sedna. Nasza bohaterka wraca do normalnego życia po czterech dekadach izolacji. Jest już staruszką. Normalnie stwierdzilibyśmy, że nic jej już z życia nie pozostało. Ale Liliana sądzi przeciwnie. Jest przeświadczona, iż może przeżyć swoje życie raz jeszcze. Może powtórzyć wszystkie jego konstytutywne momenty – np. miłość, rodzicielstwo, śmierć, walkę i zwycięstwo. Taki jest właśnie sens jej natarczywego chodzenia za młodym urzędnikiem bankowym, którym jest zauroczona. Ten mężczyzna jest od niej młodszy i czuje wstręt do Liliany. Dla zewnętrznego obserwatora zachowanie staruszki jest śmieszne. Ona jednak widzi w bankowcu nie młodego mężczyznę, lecz idealne odwzorowanie swego ukochanego, który został odrzucony przez jej ojca. Jeśli odróżnimy pozór od rzeczywistości, to Liliana wraca nie do młodego mężczyzny, lecz do realnie przeżytego uczucia.

Dlatego przygarnia przyjaciółkę – uciekinierkę ze szpitala psychiatrycznego: Jewel. Jewel jest ciężarna i bezradna. To Liliana staje się uczestniczką macierzyństwa Jewel i przewodnikiem w miłości macierzyńskiej. Analogiczna sytuacja ma miejsce, kiedy bohaterka filmu spotyka przypadkowo swego byłego ukochanego – Franka. Teraz jest to stary pijaczyna, kierowca taksówki, mieszkający w slumsach nad rzeką. Ale te pozorne i powierzchowne rzeczy nie odstręczają Liliany. Oto może się odrodzić i wejść w rolę ukochanej. Wspaniale i przejmująco grę pozoru i rzeczywistości widać w scenie śmierci Franka. Kiedy oboje uświadamiają sobie, że śmierć Franka jest już blisko, Liliana – na jego prośbę – odgrywa sceny m.in. z Shakspeara. Tak dochodzi do konfrontacji ułudy z gołą i twardą koniecznością biologiczną. Groza śmierci ma być odczarowana i przezwyciężona teatrem – kuglarstwem. Dlatego śmierć nie boli – Frank gaśnie z uśmiechem na ustach. Oswojenie śmierci przez kuglarstwo staje się kolejnym składnikiem dojrzewania Liliany. Po pogrzebaniu ciała Franka, wystaje na ulicach cytując Poetę i zabawiając wciąż liczniejszych gapiów błazeńskimi sztuczkami. Ale tylko pozornie jest to żebractwo. W istocie jest to leczenie dusz słuchaczy.

„Historia Liliany” zawiera również pewne przesłanie moralne. To istota wątku ojca Liliany. Tyran i despota narzucał żonie i dwojgu dzieciom swoją wolę, bo ich nienawidził. To właśnie wyznaje Lilianie – już po śmierci ojca – jej brat John. John pozostał wierny i poddany Albionowi, ponieważ zgodził się na narzuconą mu wolę ojca. Zgodził się, że każdy oprócz ojca jest mały i nic nie ważny. Albion uważał się za lepszego od innych, dlatego ich nienawidził. To wyznaje John swojej siostrze. Ale ona zyskała dojrzałość. „Bliźniemu winni jesteśmy litość i dlatego inni są ważni” – ripostuje. To jej triumf. I znów: bohaterka pozornie jest zdruzgotana – jej ukochany oraz główny antagonista nie żyją – ale w rzeczywistości wychodzi z tego zwycięsko. Nawet gdy nasze życie jest udręką, to jesteśmy w stanie dotrzeć do innych, jeśli tylko pochylimy się nad nimi z litością. To sedno etycznej konstrukcji „Historii Liliany”. Litość natomiast jest odruchem woli. Ta ostatnia zaś nie jest ograniczona wiekiem, położeniem społecznym czy stanem psychicznym. Tak wola przezwycięża i kształtuje pozór świata. Liliana – o ile zechce – może w swej starości przeżyć od nowa swoje życie

październik 1998r.

Share on Facebook

Nici z kontaktu

To film w zasadzie nieudany. Jego autorzy postawili sobie cel, który był/jest poza ich zasięgiem. O „Kontakcie” Zemeckisa mówiono różne rzeczy. Zaczęło się od zachwytów, że to poważne dzieło stawiające fundamentalne egzystencjalnie kwestie. Począwszy od konfrontacji nauki i wiary, przez problem istnienia Boga, aż do fundamentów współczesnej nauki. Potem postawiono bardziej wyważoną ocenę wskazującą na nie tyle zabawę konwencjami, co ich nielogiczne zestawienie. Ja jednak myślę, że jest jeszcze (sic!) gorzej. Czytaj dalej

Share on Facebook

Koniec świata westernu

Dzięki uprzejmej zgodzie prof. Ryszarda Legutki mogę zaprezentować on-line jeden z jego artykułów poświęconych kinu. Jest to obszerniejsza praca analizująca aksjologię westernu w jego klasycznej postaci.

O końcu westernu mówi się od dawna, choć większość z tych, którzy na ten temat się wypowiadają, wolałaby z pewnością, by pesymistyczna diagnoza okazała się błędna. Wypowiedzi takie są zwykle dowodem zatroskania zmierzchem atrakcyjnego gatunku filmowego, ale nierzadko mają charakter głębszy. Sądzi się mianowicie, że spadkowi zapotrzebowania na western towarzyszą niepokojące perturbacje w dziedzinie społecznie uznawanych wartości. Jest charakterystyczne, że w obiegowym żargonie politycznym ostatnich lat wszelkie określenia nawiązujące do westernu mają przeważnie funkcję dyskredytującą (prezydent bywa pogardliwie nazywany kowbojem, a „prawo i porządek”, ideał mieszkańców Dzikiego Zachodu, traktowane są jako hasła politycznego autokratyzmu). Koniec westernu, choć wcale nie przesądzony, może być zatem znaczącym sygnałem wtargnięcia do świadomości amerykańskiej nowych i niekoniecznie wartościowych schematów ideologicznych. Należy w nim widzieć jeden z elementów szerszego zjawiska, które bywa nazywane „końcem amerykańskiej wyjątkowości”. W przypadku westernu mamy niestety do czynienia z mało korzystną wersją europeizacji Ameryki. Czytaj dalej

Share on Facebook

Copyright © camera-obscura
autorskie recenzje filmowe | Krzysztof Kudłacik

Zbudowany w oparciu o Notes Blog Core
Powered by WordPress